Sezon grzewczy za pasem. Ruch w składach opału, jakiego nie widziano od lat

fot: Krystian Krawczyk

Obecnie w kopalniach PGG nie da się zapełnić za jednym razem popularnej „wanny” ciężarówki, albowiem zostało wprowadzone ograniczenie sprzedaży opału do 3-5 t

fot: Krystian Krawczyk

Polska jest największym w Unii Europejskiej producentem węgla kamiennego. Okazuje się jednak, że przed nadchodzącym sezonem grzewczym zdobycie paliwa jest wyzwaniem. Sprzedawcy zastrzegają jednak, że może być gorzej i w zakresie dostępności, jak i cen. Węgiel stał się bowiem dobrem cenionym i poszukiwanym, i to w dobie dekarbonizacji. Utwierdzają w tym rozmowy z pracownikami składów opałowych.

W Katowicach słyszę, że obecna rynkowa sytuacja jest czymś, z czym jeszcze sprzedawcy nie mieli do czynienia. Węgla w tym składzie nie ma, ale można się zapisywać… na listopad. Nie wiadomo, jaki sortyment będzie dostępny, ani za ile. Sprzedawcy chcą każdemu zapisanemu zapewnić choć część tego, co potrzebuje na sezon grzewczy.

Podobnie na sytuację zareagowała Polska Grupa Górnicza, która wprowadziła limity w sprzedaży węgla za gotówkę na bramach kopalń.

– W zależności od kopalni limity wynoszą od 3 do 5 ton na jednego kontrahenta. Zostały one wprowadzone w ubiegłym tygodniu. Mamy świadomość, że taka ilość może nie pokryje potrzeb każdego klienta, ale chodzi o to, by miał on już na początku sezonu szanse zabezpieczyć się w pewnym stopniu – tłumaczy rzecznik PGG Tomasz Głogowski.

Ruch spółki można określić jako wyrównywanie szans. Wyklucza sytuację, kiedy kilka tirów podjeżdża pod bramę i wykupuje z danej kopalni cały zapas węgla dostępnego dla klienta indywidualnego. Pozostali w tej sytuacji zostaliby z niczym. PGG realizuje na bieżąco także dostawy do sieci autoryzowanych sprzedawców, z którymi ma podpisane umowy.

W składach opałowych w Mysłowicach, Sosnowcu i Rybniku cena ekogroszku waha się od 1160 zł do 1350 zł.

W Mysłowicach obsługa zachęca, aby szybko się decydować, bo węgiel jeszcze jest, ale z transportem jest gorzej i trzeba czekać na terminy, a zainteresowanie jest duże.

– Węgiel schodzi w tym składzie jak ciepłe bułeczki – pada przestroga. W Sosnowcu sytuacja podobna. Sprzedawca zastrzega, że ceny dynamicznie się zmieniają. Od września węgiel podrożał już kilkukrotnie. W tym składzie za pakowany ekogroszek trzeba zapłacić 1350 zł. Dowóz na terenie miasta gratis.

W składzie w Rybniku obowiązują ceny dnia.

– Dziś tona kosztuje tyle, a jutro może być już kilkadziesiąt złotych więcej – takie jest tłumaczenie. – Należy szybko się decydować.

I nie jest to podyktowane wywieraniem presji na kupującym, ale po prostu życzliwością. Sprzedawca mówi wprost, że nikt nie wie, co przyniesie jutro, więc lepiej brać to, co jest dostępne, tym bardziej że zapasy węgla w tym składzie wystarczą mniej więcej na dwa tygodnie.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Mobbing w górnictwie. Dziś uwagi w stylu „bo jak ci przypier…” na dole nie przejdą

Różne miałem zdarzenia w ciągu mojej prawie trzydziestoletniej pracy w charakterze sztygara. Ale to jedno szczególnie zapadło mi w pamięć. Otóż kiedyś miałem w oddziale górnika imieniem Jacek. Niedoszły inżynier. Za co się zabrał, wszystko, mówiąc delikatnie, spartolił. Wiedzieliśmy dobrze o tym, żeby nie dawać mu jakiegoś odpowiedzialnego zadania, bo coś poważnego mógłby nawywijać.

9860 sekcji w JSW i rewolucja kotwiowa. Czym fedrowano w polskich kopalniach w 1996 roku?

Co się stało z pracownikami likwidowanej kopalni Żory? Jak Knurów i Gliwice poradziły sobie z transformacją? O tym pisaliśmy dokładnie 30 lat temu w „Trybunie Górniczej” z 7 listopada 1996 roku.

Jak to było z tym węglem koksowym i dlaczego zamknięto kopalnię Bielszowice? Jacek Korski odpowiada na teorie spiskowe

Bez echa przeszła rezygnacja prezesa JSW S.A. przysłonięta Świętem Zmarłych i wydarzeniami wokół Trybunału Konstytucyjnego. To ostatnie zamieszanie jeszcze potrwa, ale nie będę się na nim skupiał – nawet prawnicy mają tu różne zdania, a ja jestem tylko inżynierem i menedżerem górniczym.

Z Wełnowca na koniec świata. Jak chłopak ze Śląska zarządza gigantyczną kopalnią na pustyni Atakama

Mateusz Moskwa pochodzi z Katowic, wykształcenie zdobywał na krakowskiej AGH, a dziś odpowiada za kluczowe operacje w jednej z największych kopalni miedzi na świecie, należącej do KGHM