Każdy, kto chociaż raz miał okazję zjechać górniczą szolą pod ziemię, obejrzeć pracę na ścianie i zamienić choćby dwa słowa z wyjeżdżającymi z szychty górnikami, bez wahania przyznaje, że pracownicy kopalń powinni zarabiać godnie. Nie tylko wysiłek fizyczny, określone cechy psychofizyczne czy też unikalne umiejętności, ale i ekstremalne warunki oraz zagrożenia naturalne w w miejscu pracy górnika powodują, że na jej wykonywanie decydują się nieliczni.
Z zależności tej doskonale zdają sobie sprawę pracodawcy. Negocjując systemy wynagrodzeń, muszą jednak pamiętać, że worek, do którego sięga się, chcąc wprowadzić podwyżki, ma dno. Do tego samego worka zagląda się szukając środków na inwestycje odtworzeniowe, zakup maszyn i urządzeń oraz środków ochrony osobistej. To z niego pochodzą pieniądze na poprawę bezpieczeństwa pracy i szkolenia. W końcu to z worka z etykietą „zyski” spłaca się zadłużenie firmy. Niestety, bolączką górnictwa – nie tylko węglowego i nie tylko w Polsce – jest fakt, że zyski uzależnione są od koniunktury. Prawdę tę bardzo boleśnie odczuwaliśmy zaledwie trzy lata temu. Nie ma się też co łudzić, że cenowy dołek nie wróci. Jak wskazuje prof. Andrzej Barczak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, koniunktura to kapryśna panna.
- Rozumiemy te postulaty (płacowe – przyp. red.) i zdajemy sobie sprawę, że kwestie płacowe trzeba uporządkować, ale aby to zrobić, potrzebna jest merytoryczna i spokojna dyskusja. Taka dyskusja wymaga jednak czasu i pogłębionych analiz, aby wypracowane rozwiązania były trwałe – mówi w wywiadzie dla TG Jerzy Janczewski, wiceprezes Polskiej Grupy Górniczej ds. pracy.
Znalezienie złotego środka wymaga sporego wysiłku.
Jeśli chcesz mieć dostęp do artykułów z Trybuny Górniczej, w dniu ukazania się tygodnika, zamów elektroniczną prenumeratę PREMIUM. Szczegóły: nettg.pl/premium. Jeżeli chcesz codziennie otrzymywać informacje o aktualnych publikacjach ukazujących się na portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie, zapisz się do newslettera.