Wielka iluzja wydajności. Ile naprawdę osób musi pracować na jedną ścianę w kopalni?
Z uwagą obejrzałem na naszym portalu (netTG.pl) debatę o przyszłości naszego górnictwa węglowego i kolejny raz staję się przeciwnikiem takich rozmów. Wypowiadają się w takich niby-dyskusjach ludzie, którzy mają powierzchowny obraz i wiedzę o naszej branży. W trakcie wspomnianej debaty padło ze strony prowadzącego pytanie, czy naprawdę może zabraknąć ludzi do fedrowania węgla
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Jacek Korski
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Z uwagą obejrzałem na naszym portalu (netTG.pl) debatę o przyszłości naszego górnictwa węglowego i kolejny raz staję się przeciwnikiem takich rozmów. Wypowiadają się w takich niby-dyskusjach ludzie, którzy mają powierzchowny obraz i wiedzę o naszej branży. W trakcie wspomnianej debaty padło ze strony prowadzącego pytanie, czy naprawdę może zabraknąć ludzi do fedrowania węgla
Odpowiedź była zaskakująca – mówca stwierdził, że nie, o ile przeprojektujemy kopalnie tak, że do wydobycia tej samej ilości węgla potrzeba będzie jednej trzeciej liczby dzisiejszych górników.
Zabrzmiało to niezwykle ciekawie i pozornie pokazywało zawodowe kompetencje rozmówcy oraz możliwość przebudowy istniejących kopalń na nowoczesne i wydajne jednostki wydobywcze. Wyobraźmy sobie jednak, że ktoś stworzyłby taki projekt. Przebudowa istniejącej kopalni wymagałaby trzech rzeczy do jego zrealizowania: pieniędzy, czasu i wykonawców (rozumianych jako firmy i ludzie), a tego przecież już dziś brakuje. Opowieści więc, że istnieje możliwość radykalnego zwiększenia wydajności pracy w naszych istniejących kopalniach węgla kamiennego, uważam za fantazjowanie.
Cud nad Wisłą i Odrą nie nadejdzie
Powodów jest wiele. Pierwszym z nich są dostępne w tych kopalniach złoża, które nie ułatwiają prowadzenia robót górniczych. Byłem w bardzo nowoczesnych kopalniach na całym świecie i tam ściany wydobywające na dobę po kilkadziesiąt tysięcy ton dobrej jakości węgla mają wybiegi wielokilometrowe, a po drodze nie ma żadnych zaburzeń geologicznych (uskoki, pofałdowania, wymycia i temu podobne). Ściany są prowadzone płytko, niemal poziomo i płasko. Zapytajcie naszych śląskich górników, gdzie mają takie warunki? Ma je Bogdanka, tyle że bardzo głęboko i – tak jak wszędzie w polskich kopalniach – do zabezpieczenia chodników potrzeba olbrzymich ilości tzw. ringów, czyli stalowej obudowy łukowej wraz z akcesoriami. Wiąże się to z koniecznością transportowania do przodków drążonych wyrobisk ogromnej masy materiałów.
Tymczasem w krajach najbardziej górniczo zaawansowanych i wydajnych, jak Australia, Rosja, USA czy Chiny, powszechnie stosuje się kotwienie stropu i ociosów chodników. Potrzeba do tego znacznie mniej materiałów, co z wielu powodów ułatwia prowadzenie ściany na skrzyżowaniu z chodnikami i pozytywnie wpływa na produktywność oraz końcowe wyniki. Choć kotwienie powszechnie stosuje się w kopalniach Zagłębia Miedziowego, to w naszych kopalniach węgla kamiennego obudowa kotwowa – jako samodzielne zabezpieczenie – niemal nie występuje. Przyczyną nie jest tylko opór górników, bo próby są podejmujące. W wielu przypadkach jej zastosowanie jest po prostu niemożliwe. Jest to kolejny, obok warunków górniczo-geologicznych, powód, dla którego nie wierzę w cud nad Wisłą i Odrą ani w możliwość utrzymania wydobycia po „przeprojektowaniu” kopalń i znacznym odchudzeniu załogi.
Prawdziwa pracochłonność ściany
Pisząc tydzień temu o spotkaniu w Bractwie Gwarków w marcu 2015 r., nie wspomniałem, że zaprezentowałem wtedy nowy wskaźnik, który nazwałem „pracochłonnością ściany” – chodzi o liczbę pracowników potrzebnych w kopalni, spółce czy całej branży, aby mogła pracować jedna ściana. Obliczenie jest proste: ogólną liczbę pracowników (ogółem lub tylko zatrudnionych pod ziemią) dzieli się przez liczbę ścian. Ten wskaźnik pracochłonności w naszym górnictwie węglowym w 1988 r. wynosił odpowiednio ok. 600 i 360 (dołowych) pracowników na jedną ścianę. Od tego czasu wyprowadzono ze struktur kopalnianych szkoły górnicze, ośrodki wczasowe, przychodnie i wiele innych podmiotów, a mimo to we wspomnianym 2015 r. jedna ściana wymagała już odpowiednio ok. 1000 i niemal 700 (dołowych) na jedną ścianę.
Kiedy pojawiła się ta informacja w internecie, to jeden z komentatorów napisał, że na jego zmianie w ścianie jest tylko 14 ludzi, więc chyba się mylę. Nie myliłem się. Aby jedna ściana mogła pracować, potrzeba statystycznie tylu pracowników dołowych – od drążenia chodników po maszynistę wyciągowego. Gdy doliczymy jeszcze pracowników firm zewnętrznych, którzy stale pracują w naszych kopalniach, to ta pracochłonność jeszcze rośnie. Kilka lat temu wyliczyłem, że w jednej z kopalń na jedną ścianę przypadało 1400 pracowników (własnych i obcych łącznie). Czy pracownicy zewnętrzni mają wypełnić miejsca po własnych, którzy skorzystali z osłon socjalnych? Chyba nie tędy droga…