We krwi i... keczupie (GALERIA)

1351324691 m bieniek wyprawa 06 arc m bieniek

fot: Archwium Mieczysława Bieńka

Erywań u stóp Araratu. Urodę Armenii Mieczysław Bieniek zawiera w jednym słowie – perła.

fot: Archwium Mieczysława Bieńka

+6 Zobacz galerię

Galeria
(9 zdjęć)

Droga do Tbilisi. Uderzenie z tyłu, salto w powietrzu i upadek na kamienisty grunt. Resztkami świadomości rejestruje czyjeś "izwinitie", po czym trzask zamykanych drzwi i warkot silnika oddalającego się samochodu. Po ocknięciu z odurzenia odruchowo sięga do jedynego sprawnego oka. Ciemność. Między palcami spływa jakaś ciecz. Siada i szlocha.

W maju u Mieczysława Bieńka przypomniała o sobie pylica, spadek po pracy w kopalni Wieczorek. Miesiąc w katowickim szpitalu, otumaniające leki.

- Pomyślałem, że lepiej umrzeć w drodze niż w łóżku. Podziękowałem lekarzom za podreperowanie zdrowia i opiekę, wyszedłem i wsiadłem na rower. Kaszel wciąż dokuczał, z początku miałem kłopoty z przejechaniem 10 kilometrów. Ale już nad Morzem Czarnym, pewnie za sprawą tamtejszego powietrza, zapomniałem o kłopotach zdrowotnych - uśmiecha się Bieniek.

Kurację zaordynował sobie zresztą prawdziwie "morderczą": albo Pamir z dotarciem na pogranicze Chin i Afganistanu, albo - wybór zależał od tego, na ile przewlekłe okażą się zabiegi o rosyjską wizę - do Władywostoku. Rower na taką marszrutę - Mietek prosi, aby koniecznie o tym napomknąć - dostał z gliwickiej firmy Velo. Dramaturgia czteromiesięcznej wyprawy i tak zweryfikowała potem pierwotne plany.

Z błogosławieństwem nazaretanek
Ostatnim przystankiem w Polsce był klasztor nazaretanek w Komańczy, kiedyś miejsce odosobnienia prymasa Stefana Wyszyńskiego. Siostrzyczki przenocowały podróżnika, nakarmiły i - obruszając się na pytanie o zapłatę - pobłogosławiły na drogę. Bieniek z żalem opuszczał zresztą Bieszczady, bo - jak przekonuje - są jednakowo przepiękne i od polskiej, i od słowackiej strony. O Ukrainę ledwie zahaczył. Akurat sypnęło grzybami i wzdłuż drogi stał cały tłumek z koszykami, choć nie brakowało także innych ofert...

Przez Węgry nie mógł już tak po prostu przemknąć. No bo jakże się nie zatrzymać, kiedy przy drodze wymachuje do niego - trzeba trafu - górnik, z którym wspólnie pracowali przed laty w tutejszej kopalni.

Do Bułgarii wjeżdżał z obrazem tego kraju sprzed 30 lat, kiedy jeździło się tam rodzinnie, z kopalni, po słońce. Kręci nosem na obecny kontrast. Przynajmniej w jej środkowej części, którędy jechał.

- Wieś za wsią. Wyludnione domy. Gdzieniegdzie w środku meble, nawet pierzyny, ale nigdzie żywej duszy. Restaurator, który dorobił się pracą w Irlandii, musiał zwinąć interes, bo - jak narzekał - od pięciu lat coraz rzadziej ktoś do niego zaglądał. Zdarzają się sytuacje szokujące. Na ławeczce przed domem siedzi staruszka. Chcesz zagadnąć o drogę i okazuje się, że babcia... nie żyje. Z młodych, kto żyw, ruszył szukać lepszego życia do Europy. Niemile zaskoczył mnie też Sezopol, z postawionymi tuż przy plaży nowymi hotelami i pensjonatami. Żal mi się zrobiło dawnego ducha tego kurortu, z bajecznymi uliczkami, sprzedawcą dźwiganego przez osiołka wina i polskim akcentem przy plaży w postaci handlujących krzyżykami z Częstochowy niewiast - rozkłada ręce.

Wielką próbę płuc przeszedł w górach Turcji. Bywało - przyznaje - że płakał. Ale zdarzały się też groźniejsze epizody.

- Rozkładam namiot na górskim pustkowiu, obgryzam połówkę podarowanego mi przez życzliwego wieśniaka kurczaka, wyrzucam kości, śpię. Budzi mnie dziwny chrzęst. Rozsuwam zamek. Widzę błyszczące ślepia i obnażone kły. Wilki. Pół godziny walczyłem z nimi płomieniem z gazowej maszynki. Od miejscowych dowiedziałem się nazajutrz, że i tak miałem szczęście, bo w górach są też niedźwiedzie - relacjonuje.

Bajeczny Kaukaz
Opowieść z Armenii zamyka w jednym słowie "perła". Po niej Gruzja. Namiot nieopodal jednego z domów rozbił tylko na niespełna godzinę, czyli do nadejścia gospodarza. Ten, nie dopuszczając sprzeciwu, zabrał podróżnika z Polski do domu.

- Te sery, te wyjęte z ziołowych marynat z kozim mlekiem mięsa, te szaszłyki, wina... Delikatesy = Mietek jeszcze teraz czuje na podniebieniu tę gruzińską gościnność i czaczę. Doświadczał jej zresztą nieraz.

- Droga stromo pnie się w górę. Pcham rower, zatrzymuje się dżip, elegancki kierowca gestem zaprasza do środka. Trochę niehonorowo przesiadać się z roweru do auta, ale jestem tak zmordowany, że korzystam z uprzejmości. Wjeżdżamy na górę, dziękuję, aż tu słyszę głośne "Miieeciu!". Oczom nie wierzę. Zza kamery wykrzykuje Oleg Pantafiłow, twarz gruzińskiej telewizji. Poznaliśmy się w Warszawie. Pyta "Wiesz, kto cię przywiózł?". Przecząco kręcę głową. "Nasz minister sportu" - on na to - śmieje się Bieniek.

Do śmiechu nie było mu w drodze do Tbilisi. To wtedy został najechany przez auto.

- Kierowca uciekł, do szpitala przywiozła mnie policja. Lekarka ceruje mi głowę, plecy i nieco niżej też. Po podniesieniu oddartej skóry i przemyciu jedynego zdrowego oka - pojawia się światło. Histerycznie krzyczę. Faszerują mnie środkami na uspokojenie, krępują do łóżka. Daremnie próbuję tłumaczyć, że krzyczę z radości. Oko całe - mówi o rozpierającym go szczęściu.

Z pocerowanym tyłkiem
To, że opuścił szpital z 10 dolarami, już się nie liczyło.

- Uciekłem po trzech dniach. Obolały, z pękającymi na tyłku szwami, zakrwawioną bielizną. Pcham się w górę, do Mestii, do zespołu średniowiecznych warowni i baszt z listy UNESCO. I dalej, do Uszguli, z cerkiewnym kompleksem na wysokości 2170 metrów. Magiczne bezdroża, majestatyczne góry, zapierające dech w piersiach widoki... I oklaski grupki Polaków, kiedy widzą mnie na tym rowerze - opisuje piękno Gruzji.

Kolejną przygodę z dżipem wspomina już z rozbawieniem, choć wcale nie było śmiesznie.

- Wypłukany z pieniędzy, mam w plecaku trzy bochenki chleba i flaszkę keczupu. Rozbijam namiot przy drodze, bo po jednej i drugiej stronie przepaść. Noc. Warkot motoru i płachta na głowie. Wydrapuję się, patrzę. Centymetry i byłby mnie rozmazał. Świta. Przyjeżdżają ratownicy górscy. "Gdzie ranny, gdzie ranny?!" - wykrzykują. Wyjaśniam, że poza mną nikogo tu nie ma. Oni na to, że zostali wezwani do rannego w kałuży krwi. Pokazuję im więc rozgniecioną kołem butelkę po keczupie - podkpiwa.

W końcu jednak pasuje. Kierowcy polskich TIR-ów fundują mu bilet na prom do Odessy. W drodze do domu zahacza jeszcze o Naddniestrze. Cztery miesiące w drodze, 7500 przejechanych kilometrów, w podróżniczym dzienniku do przemierzonych dotąd krajów dopisuje pozycję 104.

W galerii: Zdjęcia z wyprawy Mieczysława Bieńka

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Błoto, pot i adrenalina, czyli biegiem po hałdzie - SRK & RUNMAGEDDON

84 lata - tyle wyniosła różnica wieku między najmłodszym i najstarszym uczestnikiem tegorocznej edycji SRK & RUNMAGEDDON Katowice Hałda Kostuchna. Na trasie błoto, pot i adrenalina. Na mecie - triumf z wytrwałości i radość z pokonania własnych słabości. Z wyjątkowym pogórniczym terenem zmierzyło się blisko cztery tysiące osób.

Moda zeszła w podziemia kopalni. Zobacz wyjątkową sesję

Od lat Kopalnia Soli „Wieliczka" pozostaje miejscem wyjątkowych wydarzeń artystycznych, kulturalnych i prestiżowych przedsięwzięć, które zachwycają rozmachem oraz niepowtarzalną atmosferą solnych podziemi. Monumentalne komory podziemne kaplice i surowe piękno od lat inspiruje twórców z całego świata, stając się przestrzenią dla projektów łączących sztukę, historię i nowoczesność.

Książka na weekend: „Odległe życie”. Australijska saga rodzinna – od hodowli owiec po roboty górnicze

Lata 50. i 60. ubiegłego wieku w Australii to czas poszukiwań pod ziemią surowców, dzięki którym mógł wzbogacić się kraj. Ale to jednocześnie konflikt z farmerami, hodowcami bydła i owiec, brutalne wejście w ich świat ukształtowany od pokoleń. Książka „Odległe życie” to świetna saga rodzinna pokazująca, jak walczyć o przetrwanie i podnieść się po tragicznych doświadczeniach.

Zaleze

Spacer po dzielnicy Załęże. Działała tu kopalnia Kleofas i huta Baildon

Gdyby nie huta Baildon i kopalnia Kleofas, katowickie Załęże w żaden sposób nie mogłoby się pochwalić przemysłowym charakterem. Polecamy spacer po tej dzielnicy. Tutaj naprawdę jest co zobaczyć.