Pod ziemią nie ma cudów. Dlaczego po likwidacji kopalń woda znowu zagraża mieszkańcom?
Zapadliska i zalewiska w rejonie Trzebini, Olkusza, Bolesławia, Bukowna, Hutek i Lasek nie są lokalną ciekawostką. To ostrzeżenie dla wszystkich terenów pogórniczych. Dziś warto powiedzieć wprost: bez stałego monitoringu, szybkiej informacji i ludzi, którzy potrafią odczytać dane z terenu, transformacja może stać się problemem.
Ograniczanie działalności górniczej musi mieć dalszy ciąg: monitoring, odwadnianie, rekultywację, mapy ryzyka, pieniądze i jasno przypisaną odpowiedzialność
Zapadliska i zalewiska w rejonie Trzebini, Olkusza, Bolesławia, Bukowna, Hutek i Lasek nie są lokalną ciekawostką. To ostrzeżenie dla wszystkich terenów pogórniczych. Dziś warto powiedzieć wprost: bez stałego monitoringu, szybkiej informacji i ludzi, którzy potrafią odczytać dane z terenu, transformacja może stać się problemem.
Na posiedzeniu sejmowej Komisji Infrastruktury było politycznie. Padały zarzuty, pytania o odpowiedzialność i mocne oceny. Tyle że mieszkaniec, któremu pod drogą robi się lej, albo woda podchodzi pod działkę, pyta prościej: kto to mierzy, kto pilnuje terenu, kto ostrzega gminę i kto bierze odpowiedzialność, gdy trzeba podjąć decyzję?
Bo zapadlisko to nie jest hasło z debaty. To zamknięty przejazd, woda na działce, niepewność pod domem i pytanie zadawane po ludzku: co dalej?
Górnicy z Górnego Śląska dobrze wiedzą, że pod ziemią nie ma cudów. Są wyrobiska, zawały, zawodnienie, ciśnienia, stare mapy, błędy sprzed lat i dzisiejsze decyzje. Jeżeli przez dekady człowiek prowadził eksploatację i odwadniał górotwór, to po zamknięciu kopalni nadal trzeba sprawdzać, co dzieje się z wodą. Nie od święta. Stale.
Kiedy woda wraca, teren zaczyna mówić
W Małopolsce Zachodniej widać to jak na dłoni. Po zakończeniu odwadniania dawnych wyrobisk wraca woda, odbudowuje się zwierciadło wód podziemnych, pojawiają się zalewiska, a teren miejscami odpowiada deformacjami.
Majowy raport Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego nie pozostawia złudzeń: trend podnoszenia się poziomu wód w rejonie olkuskim jest stały, a sytuacja w rejonie Bolesławia, Hutek i Lasek została określona jako poważna i wymagająca pilnych, skoordynowanych działań zaradczych.
Bezpieczeństwo najpierw, system zaraz potem
W tym kontekście słowa wiceministra energii Mariana Zmarzłego trzeba czytać roboczo, nie propagandowo.
- Bezpieczeństwo mieszkańców jest dla mnie priorytetem. Systemowe podejście do rozwiązania tego problemu pozwoli nam na przyszłość planować proces transformacji całego sektora – podkreślał Marian Zmarzły.
Bezpieczeństwo mieszkańców oznacza, że najpierw trzeba wiedzieć, gdzie rośnie ryzyko. Podejście systemowe oznacza, że nie można za każdym razem zaczynać od zera. A transformacja energetyki oznacza, że wygaszanie i ograniczanie działalności górniczej musi mieć dalszy ciąg: monitoring, odwadnianie, rekultywację, mapy ryzyka, pieniądze i jasno przypisaną odpowiedzialność.
Lipcowe posiedzenie sejmowej Komisji Infrastruktury pokazało jasno: czas na okrągłe zdania i medialne przepychanki się skończył. Wróciły pytania o zaniechania, paraliż decyzyjny i brak systemowego wsparcia dla mieszkańców oraz samorządów powiatu olkuskiego i gminy Trzebinia.
Wiceminister Marian Zmarzły, który jako przewodniczący międzyresortowego zespołu ds. podtopień w rejonie Olkusza i Trzebini wziął na siebie koordynację działań, stawia jednak na tryb roboczy, a nie na pustą retorykę. Jako człowiek z doświadczeniem górniczym wie jedno: pod ziemią działa fizyka, hydrogeologia, naprężenia skał i czas.
Woda nie zna granic resortów
Sprawa jest zbyt poważna, by rozbijać ją na pojedyncze resorty. Woda pod ziemią nie respektuje granic gmin, ani kompetencji urzędowych. Właśnie dlatego powołano międzyresortowy zespół pod kierownictwem dr. inż. Mariana Zmarzłego — bo problem zapadlisk i podtopień wykracza poza ramy jednego ministerstwa i wymaga współpracy administracji, ekspertów, samorządów oraz służb.
Przekaz przewodniczącego jest czytelny: najpierw ograniczenie zagrożeń dla ludzi, a równolegle budowa systemu opartego na stałych danych, który pozwoli te zjawiska przewidywać, a nie tylko gasić pożary po fakcie.
Podczas tego samego posiedzenia Główny Geolog Kraju, prof. Krzysztof Galos, akcentował stronę merytoryczną sprawy: dane, pomiary i rozpoznanie geologiczne zamiast emocji. Wskazał, że podlegająca mu bezpośrednio Państwowa Służba Geologiczna (PIG-PIB) na bieżąco monitoruje procesy zachodzące pod powierzchnią ziemi w Małopolsce Zachodniej. Zwrócił uwagę na kluczowy fakt:
- Główną przyczyną dynamicznej sytuacji w rejonie olkuskim oraz w samej Trzebini jest nieubłagany proces odbudowy zwierciadła wód podziemnych po zaprzestaniu odwadniania dawnych wyrobisk kopalnianych – podkreślił prof. Krzysztof Galos.
Dodał, że to zjawisko naturalne z punktu widzenia fizyki i hydrologii, ale na powierzchni generuje poważne ryzyka deformacji i podtopień. Zaznaczył, że rola naukowców z PIG-PIB polega na dostarczaniu administracji rządowej i samorządowej precyzyjnych map ryzyka oraz cyklicznych raportów, aby decyzje o technicznych interwencjach, takich jak uruchamianie systemów pompowych, były oparte na faktach, a nie na intuicji. Tu kluczowa staje się codzienna, precyzyjna praca państwowej służby geologicznej, którą pełni PIG-PIB. To ona daje zespołowi międzyresortowemu wspólną, twardą podstawę informacyjną.
Dlatego z tej sejmowej debaty warto wyciągnąć mniej polityczny, a bardziej górniczy wniosek: rozpoznać zagrożenie, mierzyć, reagować, pilnować efektów i nie udawać, że po zamknięciu kopalni problem znika. Bo nie znika. Zmienia tylko formę.