Mielczarski: Tej zimy bez węgla mielibyśmy energetyczną katastrofę
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Prof. Władysław Mielczarski
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Czy tej zimy węgiel naprawdę broni nas przed blackoutem? - Oczywiście, i to w bardzo dużym stopniu – spokojnie w 80 procentach, a momentami nawet więcej. Wystarczy spojrzeć na aktualne dane. Wieczorem zapotrzebowanie sięga 25–26 tys. MW, a wszystkie źródła odnawialne razem dają raptem 2–3 tys. MW. Czyli realnie 80 proc. energii, którą konsumujemy, pochodzi z węgla i gazu. Z tego gaz stanowi jakieś 10–15 proc., więc węgiel odpowiada za jakieś 70 proc. całej bieżącej generacji. Bez niego mielibyśmy tej zimy po prostu energetyczną katastrofę – mówi prof. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej w rozmowie z Aldoną Minorczyk-Cichy.
Czyli bez węgla nie dalibyśmy rady przetrwać tej zimy?
Dokładnie. Szczególnie teraz, kiedy jest zimno, zapotrzebowanie rośnie, a wiatr jest bardzo słaby. Wystarczy spojrzeć za okno – u mnie w centralnej Polsce dziś praktycznie bezwietrznie, niebo zachmurzone. To klasyczna „dunkelflaute” – po niemiecku „ciemna flauta”, czyli brak wiatru i brak słońca jednocześnie. Taki stan trwa u nas z przerwami od października do marca przez kilka miesięcy w roku.
A gdzie najlepiej to sprawdzić na żywo?
Najprościej wejść na stronę PSE – wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „pse pl” albo bezpośrednio pse.pl. Tam jest mapa Polski, a po lewej stronie aktualny miks energetyczny: elektrownie cieplne (węgiel + gaz), wiatrowe, fotowoltaika i tak dalej. Każdy może sobie na bieżąco porównać. Na przykład dziś (27 stycznia) rano/z południa zapotrzebowanie oscyluje koło 24–25 tys. MW. Wiatraki dają w tej chwili około 1–4 tys. MW (z zainstalowanych ponad 11 GW mocy), fotowoltaika w zimie najczęściej 0–1,5 tys. MW (przy 25 GW zainstalowanych). W efekcie elektrownie cieplne robią 85–90 proc. generacji. Bez węgla nie byłoby o czym rozmawiać.
Te liczby robią wrażenie… Wydaliśmy miliardy na OZE, a w kluczowym momencie one praktycznie nie pracują.
Właśnie. Zainwestowaliśmy w 11 GW wiatru i 25 GW fotowoltaiki, a w typowy zimowy dzień bezwietrzny i pochmurny dostajemy ułamek tej mocy. I to nie jest przypadek – to cecha klimatu umiarkowanego. Nie da się schować do jaskini na kilka miesięcy w roku.
A co z gazem? Mówi się, że to gaz ma zastąpić węgiel.
To jest właśnie tzw. „gazowa pułapka”, o której coraz częściej pisze się w literaturze naukowej. Zużywamy rocznie około 18 mld m sześc. gazu – ledwo nam wystarcza. Mamy jeden terminal LNG i jedną nitkę z Niemiec, do tego dokarmiamy jeszcze Ukrainę (ok. 3,5 mld m sześc.). Drugi terminal może kiedyś powstanie, ale LNG nie wystarczy, żeby zastąpić węgiel na dużą skalę. A do tego dochodzi problem dystrybucji – biogazownie rolnicze są małe i podłączone na końcu sieci, więc nie rozwiążą problemu.
W Niemczech coraz więcej polityków mówi, że popełnili gigantyczny błąd, odchodząc od atomu na rzecz wiatru i słońca.
Tak, i to jest bardzo widoczne. Skutek jest prosty – energia w Europie jest 2–3 razy droższa niż w Chinach czy USA. To zabija konkurencyjność. Niemieckie fabryki samochodów zamykają linie, przemysł ciężki ucieka. A wszystko dlatego, że politycznie narzucono szybkie odejście od najtańszego i najpewniejszego źródła, czyli węgla oraz atomu.
A co z tymi zarzutami o zanieczyszczenie? Węgiel w powszechnej opinii truje.
To w dużej mierze mit. Nowoczesne elektrownie węglowe mają filtry, które wychwytują 99,9 proc. pyłów, siarkę, tlenki azotu. Największym źródłem smogu są niskie kominy, niska emisja – piece kaflowe, kominki w domach jednorodzinnych, stare kotłownie osiedlowe. W centrum miasta z ciepłownią węglową czy elektrociepłownią powietrze jest często czystsze niż na przedmieściach, gdzie ludzie palą byle czym.