Górnicza tragedia sprzed 40 lat nadal szokuje

fot: Maciej Dorosiński

Dla zachowania pamięci o pracownikach poległych w podziemnych katastrofach w pobliżu bramy kopalni Silesia postawiono pomnik

fot: Maciej Dorosiński

Czterdzieści lat temu, 30 października 1979 r. w kopalni Silesia w Czechowicach-Dziedzicach miała miejsce katastrofa górnicza. To był jeden z najtragiczniejszych wypadków w górnictwie. W wyniku pożaru egzogenicznego zginęło 22 górników. Akcja ratunkowa trwała do 18 grudnia i była jedną z najdłuższych w historii branży.

Na głębokości 460 m w rejonie przenośnika taśmowego zainstalowanego w upadowej transportowej pojawił się ogień. Najbardziej prawdopodobną przyczyną pożaru było zapalenie się taśmy przenośnika od urządzenia napędzającego taśmociąg po tym, jak został zablokowany bieg taśmy. Pożar odciął pod ziemią i pozbawił życia 22 zatrudnionych w tym rejonie górników. Wielu zostało ciężko poparzonych. Choć szczegółów akcji ratowniczej nie ujawniano, wiadomo m.in., że była to jedna z najdłuższych akcji w historii polskiego górnictwa węgla kamiennego - trwała od 30 października do 18 grudnia 1979 r.

Jak pisał dr Bogdan Ćwięk w „Sukcesy i klęski w działaniach ratownictwa górniczego” w dniu katastrofy w oddziale pracowały 63 osoby. Ogień w napędzie drugiego taśmociągu zauważył pracownik, który wszedł do upadowej transportowej za tamę regulacyjną. Płomienie obejmowały już wtedy taśmę i drewniane elementy obudowy. Wszczęto alarm. Powiadomiono o pożarze sztygara nadzorującego pracę w ścianie, gdzie dymy pożarowe nie dopływały. Sztygar wycofał ludzi i wraz z nimi przystąpił do akcji gaśniczej. Okazało się to nieskuteczne. Akcję przerwano.

Niestety próby powiadomienia górników pracujących w chodniku wentylacyjnym okazały się nieskuteczne, bo żaden z nich nie podniósł słuchawki. Zlekceważyli też smugi dymu pod stropem wyrobiska. 21 osób, które pozostały w chodniku wentylacyjnym, nie ewakuowały się nawet wtedy, kiedy dymy pożarowe tam dopłynęły. A mieli szansę uratować się schodząc z użyciem pochłaniaczy pochylnią badawczą do chodnika w kierunku ściany 67, gdzie ciągle było czyste powietrze. Wcześniej ćwiczyli ten sposób ewakuacji. Zamiast tego skupili się przy zaworach wylotowych sprężonego powietrza. Chcieli tak przeczekać do pojawienia się ratowników.

„Nikt racjonalnie nie jest w stanie wyjaśnić tej decyzji, podjętej przez grupę ludzi, w której byli pracownicy o długim stażu zawodowym, nadzorowanej przez osobę dozoru wyższego, decyzji podjętej w sytuacji zagrożenia życia. Była to ich ostatnia decyzja, a tajemnicę, która ich skłoniła ich do takich działań wbrew wszelkim szkoleniom, nauce, rozsądkowi i instynktowi samozachowawczemu, zabrali do grobu” - pisze dr Ćwięk.

Kiedy ratownicy zaczęli gasić ogień, pożar objął już całą upadową. Nie byli w stanie dotrzeć do odciętych ludzi. Pożar narastał, temperatura dymów wynosiła 100 st C. Po 10 godzinach walki kierownictwo kopalni zdecydowało o izolacji pożaru i wykorzystaniu do gaszenia ognia gazowego agregatu gaśniczego GAG.

„Akcja gaszenia ognia trwała do 18 grudnia 1979 r., a uczestniczyli w niej nie tylko pracownicy kopalni, ale ratownicy prawie z wszystkich kopalń sąsiednich. Na jednej zmianie zatrudniano ich ponad 200” - pisze dr Ćwięk i dodaje, że ta tragedia wstrząsnęła górnictwem „Była dowodem, jak trudno wielu ludzi przyswaja sobie prawdy zawodowe, które są im wpajane już od pierwszego zjazdu do kopalni, aby zapewnić im możliwość wypracowania i korzystania z emerytury”.

Był to drugi tak poważny wypadek w Silesii w l. 70. W 1974 r. w wyniku wybuchu metanu podczas rabowania ściany, a wskutek tego także pyłu węglowego, zginęło 34 górników. Dla zachowania pamięci o pracownikach poległych m.in. w tych katastrofach w pobliżu bramy kopalni zbudowano pomnik.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

PKP Cargo w pierwszym kwartale zmniejszyło stratę netto do 45,8 mln zł

Grupa Kapitałowa PKP Cargo zakończyła pierwszy kwartał 2026 roku ze stratą netto na poziomie 45,8 mln zł, wobec 48,6 mln zł straty rok wcześniej - poinformowała spółka w piątkowym raporcie giełdowym.

Książka na weekend: „Odległe życie”. Australijska saga rodzinna – od hodowli owiec po roboty górnicze

Lata 50. i 60. ubiegłego wieku w Australii to czas poszukiwań pod ziemią surowców, dzięki którym mógł wzbogacić się kraj. Ale to jednocześnie konflikt z farmerami, hodowcami bydła i owiec, brutalne wejście w ich świat ukształtowany od pokoleń. Książka „Odległe życie” to świetna saga rodzinna pokazująca, jak walczyć o przetrwanie i podnieść się po tragicznych doświadczeniach.

Korski: Historia gumowego buta i sen o polskim węglu

Ponad pół wieku temu, u progu mojej zawodowej kariery zdarzył mi się mały dramat – pękła podeszwa mojego gumowego buta. Czytelnik roześmieje się, ale wtedy pobranie nowych butów było poważnym problemem.

Zaleze

Spacer po dzielnicy Załęże. Działała tu kopalnia Kleofas i huta Baildon

Gdyby nie huta Baildon i kopalnia Kleofas, katowickie Załęże w żaden sposób nie mogłoby się pochwalić przemysłowym charakterem. Polecamy spacer po tej dzielnicy. Tutaj naprawdę jest co zobaczyć.