Górnictwo: bój się przekrętów z akcjami!
fot: Maciej Dorosiński
Takie ogłoszenia zachęcają górników do sprzedaży praw do akcji
fot: Maciej Dorosiński
Górnikowi z Jastrzębia, który przed dwoma laty naiwnie sprzedał akcje pracownicze podejrzanym handlarzom za 2,5 tys. zł, teraz sąd każe płacić dziesięciokrotnie więcej za złamanie umowy (której nawet nie zobaczył na oczy) - ostrzega w wydaniu na weekend (15-16 marca) piątkowy Dziennik Zachodni.
Publikacja DZ potwierdza alarm Trybuny Górniczej, który podnieśliśmy pod koniec lutego, uprzedzając górników Katowickiego Holdingu Węglowego o niebezpieczeństwach łatwego zarobku na ofertach typu "Górniku, odkupimy od Ciebie prawa do akcji". Przypomnijmy, że handlarzy z firm, które identyfikują się wyłącznie numerem telefonu komórkowego, nie zniechęca, że żadne akcje katowickich kopalń nie istnieją. Chętnie płacą górnikowi do ręki tysiąc złotych za wirtualne prawa do akcji, podsuwając jedynie do podpisu papiery, których treści nikt dokładnie nie czyta. W ślad za komunikatem zarządu KHW ostrzegaliśmy, że nikt nie wie też dzisiaj, jakie ryzyko wiąże się z przyjęciem na siebie przez górnika bliżej nieokreślonych zobowiązań.
Okazuje się, że podobne ogłoszenia wcześniej skusiły już pracowników spółki JSW, która naprawdę obdzieliła ich udziałami (dlatego też stawka była ponad dwukrotnie wyższa). Dzisiaj wiadomo, jak opłakane mogą być skutki lekkomyślności. Dziennik Zachodni opisuje przypadek, gdy górnik dostał od sądu przed Bożym Narodzeniem nakaz zapłaty 25 tys. zł. Ponieważ pieniędzy nie wpłacił na konto "kupca", komornik już zabiera mu wypłatę z konta w banku. - Takich jak ja jest w Jastrzębiu więcej. Znajomy dostał do zapłaty weksel na 50 tys. zł - mówi górnik w artykule DZ.
Legalny mechanizm pułapki
Najgorsze dla dłużników, że proceder odbywa się w majestacie prawa. Prokuratura nie widzi pretekstu do ścigania kogokolwiek a prawnicy, którzy przeanalizowali już zawarte umowy, orzekli, że były legalne. Jak w szczegółach zadziałała w Jastrzębiu pułapka na naiwnych górników? Na przykład tak, że w umowie zastrzeżono tzw. karę za "nienależyte jej wykonanie, z jakichkolwiek przyczyn po stronie sprzedającego". W chwili podpisywania umowy kilku górników miało już inne życiowe długi (np. za niespłacony kredyt, zakup ratalny, alimenty). W języku prawa sprzedali więc akcje "zagrożone zajęciem komorniczym". Nie musieli nawet umyślnie zamierzać, że nie wykonają transakcji z akcjami, komornik był szybszy od kupca. Należy mu się dziesięciokrotny zwrot ceny kupna... Zapadły prawomocne wyroki (bo dłużnik w ciągu 14 dni nie zareagował sprzeciwem na nakaz sądowy). Klamka zapadła.
Górnik broni się, że sprzedał swój pakiet po połowie dwóm różnym brokerom. Cóż, gdy w umowie nie ma słowa o ilości udziałów. Kupiec przedstawił jej zapisy w sądzie i nie ma znaczenia, że górnik nie dostał swej kopii do ręki. W punkcie sprzedaży obiecywano mu długo gotowy wydruk, ale w końcu firma wyprowadziła się z Jastrzębia. Trzeba płacić karę.
Eksperci na łamach Dziennika Zachodniego zastanawiają się nad możliwościami podważenia podobnych umów przed sądem np. ze względu na zbytnią ogólność zapisów czy niewspółmierną dla zasad współżycia społecznego drakońską wysokość kar. Nie wykluczają nawet, że górnicy-dłużnicy mogli zostać celowo wprowadzeni w błąd. Jednak udowodnienie, że jest się ofiarą sprytnego handlarza, nie będzie możliwe bez kosztownej, żmudnej, wieloletniej walki w sądzie. A wynik i tak jest niepewny.
Na straży prawa i bezpieczeństwa?
Tymczasem jedna z okoliczności powinna budzić najwyższą czujność - zarówno w Jastrzębiu Zdroju jak i w Katowicach, o czym pisaliśmy w portalu górniczym nettg.pl, kupcy urzędowali w bardzo dziwnej lokalizacji. Mianowicie wynajmowali sobie pomieszczenia po sąsiedzku, przez ścianę, w budynkach, gdzie wiarygodność miejsca wzmacniała czynna kancelaria notariusza, którego powołuje sam minister sprawiedliwości w imieniu Rzeczypospolitej. Notariusz jest osobą zaufania, bo państwo stawia go na straży bezpieczeństwa obrotu prawnego. Jak to możliwe, że rejenci nie dostrzegali w takim sąsiedztwie nic niewłaściwego? Czy badali wiarygodność handlarzy, których biurem był stolik na korytarzu do notariusza? Czy sami, lub przez zatrudniony personel, uczestniczyli w potwierdzaniu kontrowersyjnych umów - jak twierdzą górnicy, zgłaszający się do Trybuny Górniczej? Odpowiedź postaramy się znaleźć już wkrótce.
Więcej: Tysiąc złotych za akcje z sufitu, Umowy najwyższego ryzyka