Po USA, kangury powiedziały dość. Idzie fala?

fot: Jarosław Galusek/ARC

Zakulisowe zagrywki, intrygi, przymusowe aranżowane małżeństwa, ostre starcia – wszystko, czym zachwycały się nasze babcie, ciotki, matki, żony i kochanki oglądając kolejny odcinek „Zbuntowanego anioła” albo „Dzikiego księżyca” – miało niedawno miejsce na krajowym podwórku. Prześledźmy odcinek nr 2016

fot: Jarosław Galusek/ARC

Podczas gdy pod ostrzałem zarzutów o wprowadzanie „podatku węglowego”, polski rząd długo odkładał dyskusję o wprowadzeniu rynku mocy spod obrad parlamentu, obawiając się przekreślenia całego projektu przez Komisję Europejską, odległa Australia robi zdecydowany zwrot od paryskiego porozumienia klimatycznego w stronę własnych zasobów. Ten czwarty pod względem wielkości wydobycia producent węgla na świecie idzie śladem Stanów Zjednoczonych, kierowanych przez prowęglowego Donalda Trumpa.

O ile decyzja amerykańskiego prezydenta o wycofaniu USA z porozumienia paryskiego była dla liderów tamtych ustaleń kubłem zimnej wody wylanym na ich głowy, tak decyzja australijskich władz jest policzkiem wymierzonym we wciąż jeszcze mokre twarze. Wbrew światowym, czy raczej europejskim trendom, rząd w Canberze robi właśnie ukłon w stronę własnej energetyki i własnych surowców, ale również wobec końcowych odbiorców prądu. Ci ostatni nie ukrywają, że mają już dość drogiej energii elektrycznej oraz przerw w dostawach prądu (takich jak spowodowany gwałtownymi burzami ubiegłoroczny blackout na południu kraju, gdzie połowa prądu jest dostarczana z wiatraków i paneli słonecznych).

W największym skrócie, decyzja gabinetu Malcolma Turnbulla sprowadza się do tego, że spółki energetyczne zostaną zobowiązane do dostarczania określonej ilości energii ze źródeł stabilnych, choć w teorii nie sprecyzowano, jakie mają to być źródła, a sam premier zaznaczył, że znajdzie się miejsce dla wszystkich źródeł. W praktyce oznacza to jednak pierwszeństwo dla węgla, gazu ziemnego i energii wodnej, które stanowią kolejno 73, 13 i 7 proc. australijskiego miksu energetycznego, wobec 4 proc. energetyki wiatrowej i 2 proc. fotowoltaiki. Na antypodach nie dojdzie zatem do rewolucji energetycznej, a raczej do ugruntowania stanu obecnego.

Drugą bolączką końcowych odbiorców prądu w Australii są jego wysokie ceny. Według szacunków Australijskiej Komisji Konkurencji i Konsumentów, w ostatnich latach energia drożała średnio o 8 proc. rocznie (w okresie 2007-2016 łącznie o 63 proc.), a powodem takiego stanu rzeczy były w dużym stopniu subsydia na odnawialne źródła energii. Dotowane OZE potrafiło podbijać wysokość rachunków za prąd o 7 proc., czyli ok. 100 dolarów (amerykańskich, nie australijskich). Teraz rząd Turnbulla chce likwidacji wszystkich subsydiów dla tzw. zielonej energii i postuluje urynkowienie sektora energetycznego. W nagraniu zamieszczonym w mediach społecznościowych premier Australii powiedział wprost: „nasz plan zakłada brak subsydiów, brak certyfikatów i brak podatków”.

Nie oznacza to jednak, że Australia całkowicie rezygnuje z energii z odnawialnych źródeł. Według założeń panującej władzy, do 2030 r. energia produkowana z paliw kopalnych ma spaść do 64-72 proc. w australijskim miksie energetycznym, przy postulatach przywiązanej do OZE lewicowej opozycji z Partii Pracy o zmniejszeniu tego odsetka do 39 proc. Wybiegając w przyszłość, to właśnie polityka może pokrzyżować plany Turnbulla i zniweczyć oczekiwania konsumentów w zakresie taniej i niezawodnej energii elektrycznej. Dzisiaj sondaże dają Partii Pracy zwycięstwo w federalnych wyborach w 2019 r., a nie jest tajemnicą, że rząd pod jej sterami nie tylko przywróci subsydia dla OZE, ale również będzie dążył do stopniowego wygaszania energetyki konwencjonalnej.

Kiedy w Polsce przychodzi do dyskusji na temat kształtowania rodzimego miksu energetycznego, bardzo często każe nam się oglądać na takie kraje jak Francja czy Wielka Brytania, które od węgla odchodzą. Czy jednak, jako kraj surowcowy nie powinniśmy szukać inspiracji wśród państw, które są w sytuacji bardziej podobnej do naszej? Postulowana kilka miesięcy temu przez Krzysztofa Patureja, prezesa Międzynarodowego Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego w Polsce, propozycja stworzenia koalicji państw surowcowych, dzisiaj wydaje się być najbardziej aktualna. Możemy szukać silnych sojuszników wśród takich mocarstw z kręgu krajów pierwszego świata, jak Stany Zjednoczone i Australia.

Wobec powyższego pojawia się tylko pytanie, czy obecny zwrot o 180 stopni w strategii energetycznej mocarstw to tylko chwilowa moda polityczna, uwarunkowana wewnętrzną sytuacją na rynku pracy w górniczych regionach (USA) lub wymuszona oczekiwaniami odbiorców względem dostaw energii elektrycznej (Australia), czy może pierwsza fala zaczynającego się na całym świecie trendu odwrotu od wciąż jeszcze drogich i nieprzewidywalnych odnawialnych źródeł energii? I jak na zmianę w Stanach i Australii zareaguje Unia Europejska? Czy będzie zmuszona uznać swoją klęskę i odpuścić takim członkom jak Polska, czy odwrotnie – zdecyduje się być jeszcze bardziej radykalna w swoich decyzjach, żeby pokazać światu własną integralność?

Ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego i portalu polishcoaldaily.com.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

JSW: Do końca roku na funkcjonowanie potrzebne są aż 2 mld złotych

Sejmowa komisji ds. energii, klimatu i aktywów państwowych wysłuchała informacji na temat aktualnej sytuacji Grupy Kapitałowej Jastrzębskiej Spółki Węglowej, perspektyw jej funkcjonowania i rozwoju oraz przedstawienia planu naprawczego. Posiedzenie odbyło się w środę po południu. Na funkcjonowanie spółki potrzebne są aż 2 mld zł do końca roku.

Giełdy mocno w dół, Dow stracił ponad 1100 pkt po posiedzeniu Fed

Środowa sesja na Wall Street zakończyła się mocną wyprzedażą akcji w reakcji na wyniki posiedzenia Fed. Inwestorzy nabrali obaw, że Rezerwa Federalna może pozostawać w tyle w walce z inflacją, gdyż bank centralny zdecydował się utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Sypią się kary za nielegalną eksploatację – wiemy gdzie nałożono ich najwięcej

Organy nadzoru górniczego są właściwe do ustalania opłaty podwyższonej w przypadku działalności wykonywanej bez wymaganej koncesji albo bez zatwierdzonego, albo podlegającego zgłoszeniu projektu robót geologicznych, w zakresie niezastrzeżonym dla ministra właściwego do spraw środowiska.

Badania jaskiń podważają podręcznikowy obraz Tatr

Czy lodowce rzeczywiście wyrzeźbiły tatrzańskie doliny? Nowe badania polsko-amerykańskiego zespołu naukowców pokazują, że odpowiedź może być zaskakująca. Analiza osadów zachowanych głęboko w tatrzańskich jaskiniach wskazuje, że około 80 proc. współczesnej głębokości dolin po północnej stronie Tatr istniało już 1,6 mln lat temu – zanim doszło do największych zlodowaceń plejstocenu.