Związek Górnośląski: Dla pnioków, krzoków i ptoków
fot: Jolanta Talarczyk
- Różnych używano wobec nas przymiotników. Niekiedy przezywano nas „Bękartami Krzywoustego\\\\\\\". Dziś już w całej Polsce jest oczywiste, że nie można kochać dużej ojczyzny, nie kochając tej małej - mówi szef Związku Górnośląskiego
fot: Jolanta Talarczyk
Kilka dni temu na Waszym sztandarze pojawiła się odznaka „Zasłużony dla Województwa Śląskiego”. Czy to oznacza, że Związek Górnośląski jest diametralnie inaczej postrzegany niż kilkanaście lat temu?
- Istotnie dużo się zmieniło. Dziś już nikt nie neguje naszych państwowotwórczych zamierzeń i działań. Gdy zakładaliśmy związek, a były to przecież czasy PRL-u, o małych ojczyznach niewielu chciało słuchać. Na znane na Śląsku słowo „Hajmat” w innych regionach kraju reagowano alergicznie. Początkowo postrzegano nasze stowarzyszenie jako skrajne, rewizjonistyczne, separatystyczne.
Różnych używano wobec nas przymiotników. Niekiedy przezywano nas „Bękartami Krzywoustego, którzy chcą zdemontować państwo Polskie”. Byliśmy w tamtych czasach, czyli w 1989 roku, pionierami regionalnych organizacji, które na Śląsku dopiero później zaczęły powstawać masowo. Gdy utworzono Ruch Autonomii Śląska oraz Ruch Obywatelski Polski Śląsk, nasz Związek Górnośląski okazał się organizacją środka. Nam zależało i zależy na stowarzyszeniu otwartym dla wszystkich mieszkańców Śląska, czyli – jak to się u nas mówi – dla pnioków, krzoków i ptoków. I to się nam udało, w naszych ponad pięciotysięcznych szeregach są nie tylko rdzenni Ślązacy, ale także ludzie, którzy po prostu widzą tu, dla siebie i swoich dzieci, przyszłość. Dziś już w całej Polsce jest oczywiste, że nie można kochać dużej ojczyzny, nie kochając tej małej. To poczucie przynależności do wspólnoty, która opiera się na podobnym systemie wartości, jest fundamentem patriotyzmu i zakorzenienia człowieka.
Baczni obserwatorzy organizacji regionalnych mówią, że z biegiem lat wasz związek stępił polityczne pazury i dlatego ubywa wam bractw i kół. Czy zgadza się Pan z taką opinią?
- Każdy ma prawo do swoich ocen. Fakt, że związek się zmienia, koła zanikają i powstają inne, nie jest powodem do niepokoju. Te przemiany strukturalne są naturalnym procesem. W tej chwili mamy 86 kół i bractw. Jednym z najnowszych i najprężniejszych jest Bractwo Gwarków, które skupia ludzi związanych z górnictwem. Od niedawna mamy także Bractwo Turystyczne, które wiedzie nas „Śladami wybitnych Ślązaków”. Żal, że osłabły nasze koła w części opolskiej, Opole jest historyczną stolicą Górnego Śląska i wraz z Cieszynem oraz Katowicami było kolebką naszego związku. Siła takich organizacji jak nasza opiera się na pracy społecznej. W ciągu 20 lat nie we wszystkich naszych ośrodkach następowała płynna zmiana pokoleniowa. Niekiedy trzeba kilku lat, by ujawnili się nowi liderzy. Odradzające się koła, w np. Ornontowicach czy Bojszowach, po okresie impasu znowu staną się znaczącymi ośrodkami naszego stowarzyszenia.
Gdyby miał Pan super krótko podsumować 20 lat działalności, to jaki sukces jest pierwszoplanowy?
- Współtworzyliśmy reformę ustrojową naszego państwa. To u nas powstawały projekty ustaw. Mieliśmy kompetentnych ludzi, którzy na gruncie politycznym stali w drugim szeregu, ale byli doskonale przygotowani do projektowania koniecznych zmian decentralizujących PRL-owski system. Nie wszystko z naszych zamierzeń udało się wcielić w życie. Decentralizacja jest niedokończona, ciągle brakuje regionom silnych podstaw finansowych, zbyt dużo zależy od władz centralnych. Poparliśmy jednak te, nie całkiem satysfakcjonujące nas, reformy, ponieważ lepiej wprowadzać zmiany małymi krokami, niż czekać z założonymi rękami na cud.
Podobno jesteście kuźnią kadr. Szkolicie ludzi do sprawowania władzy?
- To prawda, że szkolimy kandydatów na radnych. Podstaw samorządności trzeba się przecież nauczyć jak pacierza. Faktycznie wielu z naszych członków sprawuje odpowiedzialne funkcje we władzach lokalnych i wojewódzkich. Z naszych szeregów wywodzi się wielu posłów różnych ugrupowań politycznych. Sprawdzili się w działalności na rzecz swojej małej ojczyzny i awansowali. To chyba naturalny proces rozwoju kariery.
Śląskie Gody, Śląskie Śpiewanie, Parada Regionów to chyba najbardziej znane spośród waszych licznych imprez propagujących kulturę górnośląską. Co dopiszecie do nich w najbliższym czasie?
- Planów mamy wiele. Przede wszystkim będziemy kontynuowali te imprezy, które zyskały popularność. Śląskie Śpiewanie gromadzi w trakcie eliminacji od 5 do 15 tysięcy dzieci i młodzieży, a to są przecież nasze przyszłe kadry. Staramy się być obecni w życiu młodych ludzi. W Kole Bogucickim jest tradycja nagradzania jednorazowymi stypendiami wyróżniających się w nauce maturzystów i studentów. Chcielibyśmy, by jak najwięcej było promowania młodych talentów i nagradzania sukcesów młodzieży. Wkrótce rozpoczną się Śląskie Schody Kariery, które będą promować śląskie talenty. Jednym z najpoważniejszych zamierzeń, do których już jesteśmy przygotowani, będzie digitalizacja kronik szkolnych z lat 1825–1960. Wygraliśmy wyścig po środki Unii Europejskiej. Digitalizację będziemy prowadzili wspólnie z miastem Katowice. Mamy sprzęt do skanowania i tłumacza z Berlina po renomowanym Uniwersytecie Humboldta. Notabene jego usługi są dużo tańsze niż germanistów z Katowic, a on dodatkowo zna staroniemiecki. Związek Górnośląski jest udziałowcem Śląskiej Biblioteki Cyfrowej. Chcemy się przyczynić do zachowania starodruków dla potomnych i udostępniania dziedzictwa kulturowego w elektronicznym zapisie.
Swego czasu krążyły pogłoski o zjeździe Ślązaków z całego świata. Czy to dalej aktualne?
- Światowy Kongres Górnoślązaków to jest praca na lata. Trzeba takie przedsięwzięcie przygotować programowo i logistycznie. No i potrzebne są na to pieniądze. Sądzę, że uda się nam to zamierzenie zrealizować w ciągu dwóch-trzech lat.