Zapomina cielę, że wciąż nie jest wołem

fot: Jarosław Galusek/ARC

Dalsze rugowanie polskich producentów z rynku węgli średnich i grubych istotnie zaszkodzi ich polepszającej się obecnie kondycji finansowej; przypomnijmy, że stanowiące raptem 15 proc. całej produkcji węgla energetycznego sortymenty średnie i grube to aż 35 proc. przychodów krajowych kopalń

fot: Jarosław Galusek/ARC

Na fali upałów, u progu sezonu ogórkowego do części mediów wrócił w ub. tygodniu temat rynku mocy, tym razem w zupełnie nowym opakowaniu. Reprezentujący interesy odnawialnych źródeł energii znaleźli teraz nowe słowo-klucz, które ma nastraszyć Kowalskich i Nowaków podwyżkami cen prądu.

Wobec ogólnej niechęci wobec dyskusyjnego abonamentu radiowo-telewizyjnego, ustawa o rynku mocy, nad którą prace przyspieszyły w ostatnim czasie, jest teraz nazywana przez przeciwników „abonamentem węglowym”. W kolejnej antywęglowej nagonce niektórym umyka jednak najważniejszy element całej dyskusji, tj. – skąd w ogóle wziął się taki pomysł?

Projekt ustawy o rynku mocy zakłada wprowadzenie finansowego mechanizmu wspierającego energetykę konwencjonalną (w naszym przypadku dokładnie węglową), na której oparta jest stabilność systemu elektroenergetycznego. Poprzez stworzenie silnych zachęt ekonomicznych do budowy, utrzymywania i modernizacji konwencjonalnych jednostek wytwórczych rząd chce, żeby gwarant polskiego bezpieczeństwa energetycznego nie musiał co raz więcej dokładać do tego interesu, działając na rynku subsydiowanym. Aukcje prowadzone w ramach rynku mocy będą dla wiatraków i pozostałych OZE swoistym „sprawdzam” w zakresie, czy będą w stanie zapewnić bezpieczeństwo energetyczne. Hałas, który robią teraz ich zwolennicy, może dawać do myślenia, czy się obronią…

Jeszcze pod koniec lutego, Koalicja klimatyczna (złożona m.in. z Greenpeace, ClientEarth i Polskiego Klubu Ekologicznego) ostrzegała, że wprowadzana przez Ministerstwo Energii „opłata mocowa” powiększy roczne koszty gospodarstw domowych o 130-150 zł, a małych i średnich firm – o 520-625 złotych. Teraz temat wraca w nowej oprawie, pod nazwą „abonamentu węglowego”. Hasło ma być skutecznym straszakiem, który uderzy do wyobraźni wszystkich, bo ma jednakowo uderzyć po portfelu wszystkich obiorców prądu. Niesamowita troska z jaką nagle część środowisk pro-OZE odnosi się w swoim ostatnim apelu do portfeli Polek, Polaków i ich firm brzmi jednak trochę bezczelnie.

Wyjątkowo tani jak na europejskie standardy polski prąd mógłby być jeszcze tańszy, gdyby nie właśnie działanie na niekonkurencyjnym rynku, na którym pierwszeństwo w dostępie do sieci mają odnawialne źródła energii. Przywoływanie zaś kwestii ubóstwa energetycznego (w Polsce wynikającego bardziej z parytetu siły nabywczej obywateli) w zestawieniu z roczną opłatą mocową w wysokości – według różnych szacunków – 70-130 zł brzmi jak kpina w sytuacji, zwłaszcza, kiedy kilka miesięcy temu na tapetę wrócił pomysł minimalnej ceny emisji CO2 na poziomie 30 euro. Odbiorcy prądu z atomowych elektrowni we Francji pewnie tego nie odczują, ale polskie gospodarstwa domowe i firmy (zwłaszcza wysokoemisyjny przemysł) już na pewno tak.

Jeszcze bardziej przemysł może odczuć skutki potencjalnych zagrożeń blackoutem, nie mówiąc już o faktycznym blackoutcie. O ile wprowadzenie dwudziestego stopnia zasilania w miejscu, gdzie najwięcej prądu pobiera klimatyzacja jeszcze nie prowadzi do tragedii, o tyle np. okresowe wygaszanie pieców w zakładach ceramicznych przekłada się na koszty liczone w setkach tysięcy złotych, czasem nawet więcej. Jednym ze źródeł takiego zagrożenia jest właśnie zaniedbana energetyka, która potrzebuje pieniędzy na inwestycje. A tych łatwo nie dostanie, bo nie ma gwarancji sprzedaży tego, co wyprodukuje, a do tego co rusz stawia się przed nią nowe wyzwania, czy raczej – kłody pod nogi.

O tym jak bardzo krajowi producenci energii potrzebują rynku mocy w obecnej konfiguracji systemu, już raz się w tym roku przekonaliśmy. Na fali zachwytów nad zwiększoną produkcją energii z wiatraków w grudniu, a później w styczniu, głos zabrał wiceminister energii Andrzej Piotrowski, który wskazał, że generowana przez farmy wiatrowe moc (ok. 5 GW) wprowadzała zakłócenia stabilności KSE. Skrajnie wysoka produkcja z turbin wiatrowych powodowała konieczność nie tylko ograniczania wytwarzania konwencjonalnego, ale wręcz wstrzymania pracy całych bloków. Gdy wiatr ustał a popyt rósł, bloki konwencjonalne trzeba było uruchamiać i stabilizować ich pracę, co dla producentów generowało kolejne koszty finansowe.

Media i eksperci, którzy podnieśli krzyk w związku z rzekomym „abonamentem węglowym”, mają rację – jest to forma wsparcia, może nawet parapodatku. Ale w całej swojej hipokryzji (lub ignorancji) zapominają o tym, ile wsparcia otrzymują wciąż jeszcze źródła odnawialne. I nawet jeśli to do nich należy przyszłość, to ten moment jeszcze nie nastał, a dzisiaj wsparcia potrzebują te moce wytwórcze, które są nam w stanie zapewnić bezpieczne, nieprzerwane dostawy prądu.

Dyrektor Działu Analiz Rynku Węgla Energomix i założyciel serwisu polishcoaldaily.com

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Górnicy jeździli tam elektryczną kolejką już ponad 50 lat temu. Niezwykła historia kopalni Jan

Już dwukrotnie wspominałem o doświadczalnej, zautomatyzowanej kopalni Jan, która powstała w 1968 r. na części kopalni Wieczorek. W odróżnieniu od otwieranej dekadę temu kopalni Bzie-Dębina miała ona dwa szyby i wypełniała definicję kopalni. Stanowiła w istocie koncentrację osiągnięć naukowo-technicznych polskiego górnictwa węgla kamiennego z całym intensywnie rozwijanym zapleczem. 

Piknik na Szkale z historią w tle

Radzionków nie zapomina o swej przeszłości, o znanych ludziach i górnictwie, które przyczyniło się do jego rozwoju

Metropolie otwierają się na singli. Efekt wzrostu zdolności kredytowej

Z czerwcowych danych wynika, że wzrosła zdolność kredytowa singli i bezdzietnych par, w efekcie wyraźnie zwiększyła się liczba mieszkań dostępnych dla tych gospodarstw domowych, szczególnie w najdroższych metropoliach - wynika z raportu serwisów RynekPierwotny.pl i Rankomat.pl.

Restrukturyzacja górnictwa w Polsce. Archiwalne wywiady z prof. Markiem Szczepańskim zadziwiają aktualnością

„Żadne strategiczne decyzje związane z górnictwem nie zapadną przed wyborami, bo tak już u nas jest” – zapowiadał przed laty prof. Marek Szczepański. Wtedy miał rację. Czy tym razem będzie podobnie?