Zaliczyłem ratownicze oczko

1361532602 09 mlostek3arc k3

fot: archiwum domowe

Na międzynarodowe zawody do Państwa Środka Ryszard Mlostek z drużyną ratowniczą Sobieskiego wyprawili się po trofea. Doskonałym tłem dla zdobytych w nich medali był chiński mur

fot: archiwum domowe

Dwadzieścia jeden lat. Taki szmat czasu - do przejścia pod koniec grudnia na emeryturę - Kopalnianą Stacją Ratownictwa Górniczego w Zakładzie Górniczym Sobieski kierował Ryszard Mlostek. - Cóż, wypada, że zaliczyłem ratownicze "oczko" - śmieje się emeryt, nie dodając już wcześniejszych lat od debiutu w zastępie, bo w łącznym rachunku wychodzi ich 25.

Ryszard Mlostek jest uosobieniem przywiązania do jednej firmy. Jako "drucik", a więc teletechnik pod ziemią, przez rok ciągnął kable i instalował telefony za postępem ścian i przodków w kopalni Jaworzno. Po inżynierskim dyplomie krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej z zakresu techniki eksploatacji złóż piął się po kolejnych szczeblach zawodowej kariery: nadgórnika, sztygara zmianowego i oddziałowego. W tych rolach kierował zespołami oddziałów przygotowawczych, likwidacyjnych, wydobywczych i wentylacyjnych w Jaworznie, a następnie w Zakładzie Górniczym Sobieski. Ale to szyldy się zmieniały, bo Mlostek niezmiennie trwał w tej samej kopalni, w której w zawale zginął przed wielu, wielu laty jego pradziadek, a później pracowali dziadek i oboje rodzice. Począwszy od 1991 r. aż do emerytury, Ryszard Mlostek kierował Kopalnianą Stacją Ratownictwa Górniczego. Przedtem oczywiście przez kilka lat wchodził w ów ratowniczy zakon i zdobywał doświadczenie w tutejszym zastępie.

Zawsze blisko zastępów
Nawet nie próbuje zliczyć wszystkich akcji, w których uczestniczył w roli szefa stacji. Poza własnym zakładem - to niewzruszona norma postępowania - zawsze kierował swoimi zastępami z bliska, czyli z bazy pod ziemią.
- Nie było takiej sytuacji, że ja pozostaję na górze, a moi ratownicy zjeżdżają do akcji - podkreśla.
Ta pierwsza wypadła w 1992 r. w Zakładach Górniczo-Hutniczych Bolesław. Zapadła mu w pamięć nie tylko dlatego, że była pierwsza. Głównie z tego powodu, że zakończyła się porażką.
- Jesteśmy przecież po to, żeby ratować. Wtedy nasza pomoc i determinacja były spóźnione - rozkłada ręce.
Później było wiele, wiele innych: w Kazimierzu-Juliuszu, w Wesołej, w Brzeszczach, w Wujku, w Janinie, w Staszicu, w Silesii... Długo można by ciągnąć. Owszem, zdarzały się także porażki, ale i on, i jego ratownicy zaznawali również sukcesów.
- Ten błysk oczu uratowanego górnika... Ta olbrzymia radość... Niepodobna wyrazić ją słowami. To są momenty, kiedy człowiek czuje, że to, co robi, ma sens - opowiada Mlostek.

Wiedza, sprawność i "to coś"
Dopiero co emerytowany kierownik stacji z natury rzeczy był nie tylko szefem, ale i nauczycielem. Przez ćwierć wieku kształtował i przysposabiał do ratowniczych wyzwań - przeciętnie biorąc - 150-osobową drużynę Sobieskiego. Wciąż nie podejmuje jednak próby precyzyjnego zdefiniowania ratownika doskonałego.
- Bywało, że kładłem nacisk na sprawność. Później dawałem prymat wiedzy. Ale cóż mi z najbardziej nawet nafaszerowanego górniczymi mądrościami chłopa, który nie jest jednocześnie dość sprawny? Każdy kierownik stacji ma ten dylemat i problem przy rekrutacji chętnych, w szkoleniu, w doborze zastępów. Jest przecież jeszcze "to coś", czego nie da się zmierzyć ani egzaminacyjnym, ani sprawnościowym testem, co ujawnia się w ekstremalnych warunkach zagrożenia, niesamowitego stresu, co powoduje, że ktoś, wydawałoby się, najlepiej przygotowany "pęka" w rzeczywistej akcji. To trzeba wyczuć spojrzeniem w oczy, długotrwałą obserwacją zachowań - sięga do swoich doświadczeń.

Good job
W dochodzeniu swojej drużyny do doskonałości Ryszard Mlostek, obok specjalistycznych szkoleń, zawsze preferował sport i rywalizację. Próżno zliczyć wszystkie sukcesy zastępów, które wyszły spod jego ręki w okręgowych i centralnych zawodach ratowniczych. Były też prestiżowe miejsca zajmowane w zawodach międzynarodowych.
- W 2006 roku zostaliśmy zaproszeni do udziału w V Międzynarodowych Zawodach Ratowniczych w chińskim Pingdingshan. Wśród najlepszych ekip świata zajęliśmy drugie miejsce w symulowanej akcji ratowniczej oraz zdobyliśmy mistrzostwo świata w udzielaniu pomocy przedmedycznej. W dwa lata później w amerykańskim Reno byliśmy drugą ekipą w klasyfikacji generalnej. Obok pucharów i medali najbardziej zapadły mi wtedy w głowie dwa słowa z sędziowskiego werdyktu "good job!". Dobra robota. Tę dobrą robotę - już jako wspólna ekipa ratowników z Sobieskiego i libiąskiej Janiny - powtórzyliśmy w 2010 roku w australijskim Wollongong, gdzie szkolona przeze mnie drużyna zdobyła mistrzostwo w prowadzeniu akcji ratowniczej na dole kopalni. Tam liczył się tylko zwycięzca. Puchary były więc rozdawane jedynie za pierwsze miejsca w poszczególnych konkurencjach. Jakaż była więc nasza radość, kiedy podczas wieńczącej zawody gali usłyszeliśmy, że mistrzostwo świata należy do nas - wspomina niektóre tylko z triumfalnych epizodów jaworznian i libiążan Ryszard Mlostek.

Wciąż zabiegany
Świeżo upieczony emeryt i teraz nie gnuśnieje. Ba, bywa, że zastanawia się, jak to możliwe, że wciąż brakuje mu na wszystko czasu. Pozostał wykładowcą i doradcą w Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego i bytomskiej "okręgówce". Już zastanawia się też - to szczególnie odpowiedzialne, ale też nadzwyczaj prestiżowe dla niego zlecenie z CSRG - nad regulaminem konkurencji akcji ratowniczej na IX Międzynarodowe Zawody Ratownicze, które w 2014 r. zostaną przeprowadzone tym razem w Polsce.
- Kiedy spotykam przyjaciół, zagadują mnie, co mi dolega, bo tak uśmiechniętego jeszcze mnie nie widzieli - powtarza życzliwe docinki pod swoim adresem.
Pół biedy, że do wiosny pozostało jeszcze trochę czasu, bo wtedy przyjdzie się jeszcze zakrzątnąć koło domu i w dużym ogrodzie.
- Własnym pomyślunkiem i rękoma urządziłem rekuperator ciepła, oczyszczalnię ścieków, a nawet własną elektrownię fotowoltaniczną, zasilającą część domowych odbiorników - opowiada o rodzaju tych domowych zajęć.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

„Łącznik – pieśń o Gerardzie Cieśliku”. Na Stadionie Śląskim powstanie wielkie widowisko o legendarnym meczu z 1957 roku

Plenerowy spektakl teatralny „Łącznik – pieśń o Gerardzie Cieśliku” odbędzie się 20 września 2026 r. o godz. 20.00 na Superauto.pl Stadionie Śląskim w Chorzowie. To wydarzenie łączy sport, teatr, muzykę, film i nowoczesne efekty multimedialne, tworząc poruszającą opowieść o pasji, odwadze i sile sportowych marzeń – osnutą wokół legendarnego meczu Polska–ZSRR z października 1957 roku.

To porozumienie jest symbolem górniczej walki

Porozumienie Jastrzębskie 3 września 1980 roku było trzecim, po gdańskim i szczecińskim, dokumentem podpisanym latem 1980 roku między władzą a robotnikami. Strajki na Śląsku, których efektem były ustalenia zawarte w Jastrzębiu, wpłynęły na tempo i skuteczność negocjacji prowadzonych w Gdańsku i Szczecinie. Dzisiaj uczczono tę niezwykle ważną dla kraju rocznicę.

Pamiętają o pacyfikacji kopalni Wujek. Wyrosną kolejne drzewa pamięci

Po wakacyjnej przerwie, Śląskie Centrum Wolności i Solidarności kontynuuje akcję sadzenia w szkołach drzew pamięci im. Dziewięciu Górników z Wujka. 

Rewolucyjne odkrycie: górnictwo na ziemi tarnogórskiej sięga czasów rzymskich

Górnictwo na terenie dzisiejszych Tarnowskich Gór i Bytomia rozpoczęło się znacznie wcześniej, niż dotychczas sądzono – już w II wieku naszej ery, czyli w czasach rzymskich. To kluczowe ustalenie polsko-niemieckiego zespołu badawczego, które zmienia dotychczasową wiedzę o początkach przemysłu wydobywczego na Górnym Śląsku. Poinformowało o tym Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej (SMZT).