Z zapartym tchem na dachu świata - opowiada górnik z ZG Sobieski
Trudno opisać słowami to, co czuli. Z trudnością stawiali kolejne kroki. Mont Blanc - 4805,59 m n.p.m. – najwyższy szczyt Alp, położony na granicy Francji i Włoch, w masywie Mont Blanc w Alpach Graickich - zwany bywa sachem świata. Jego zdobycie jest marzeniem wielu miłośników górskich wspinaczek. Jedni upatrują w tym ukoronowanie swojej życiowej pasji, dla innych jest to kolejny etap doskonalenia wysokogórskich umiejętności.
Dla Andrzeja Witkowskiego z ZG Sobieski (PKW) wszystko od początku było jasne. Szczyt trzeba zaatakować korzystając z drogi papieskiej. Wraz z kolegami: Mateuszem Dolegą i Dawidem Siwkiem ruszyli na wyprawę w czerwcu. Cała trójka zdawała sobie sprawę z faktu, że wybrany szlak jest niebezpieczny i wymaga znajomości, doświadczenia i obycia z górami.
Trudno opisać słowami to, co czuli. Z trudnością stawiali kolejne kroki. Mont Blanc - 4805,59 m n.p.m. – najwyższy szczyt Alp, położony na granicy Francji i Włoch, w masywie Mont Blanc w Alpach Graickich - zwany bywa sachem świata. Jego zdobycie jest marzeniem wielu miłośników górskich wspinaczek. Jedni upatrują w tym ukoronowanie swojej życiowej pasji, dla innych jest to kolejny etap doskonalenia wysokogórskich umiejętności.
Na szczyt prowadzą trzy główne drogi: Królewska, Papieska i Trzech Gór. Ta pierwsza należy do najpopularniejszych. Prowadzi od strony francuskiej przez Aiguille du Goûter. Charakteryzuje się największym przewyższeniem, ale jest uznawana za najprostszą technicznie, choć wymaga pokonania Kuluaru Gouter, niebezpiecznego żlebu, słynącego z obrywów skalnych i lawin kamiennych.
Kolejna to Droga Papieska, zwana też włoską. Trasa rozpoczynająca się w Courmayeur. Jest znacznie trudniejsza kondycyjnie i technicznie. Wiedzie przez schronisko Gonella. Co ciekawe, nazwa pochodzi od postaci Achille Rattiego, włoskiego duchownego, alpinisty, późniejszego papieża Piusa XI. To on jako pierwszy wytyczył i pokonał tę trasę w sierpniu 1890 r, gdy był jeszcze prefektem Biblioteki Ambrozjańskiej w Mediolanie.
Droga Trzech Gór uznawana jest za najpiękniejszą. Wspinacze zaliczają ją do bardziej wymagających technicznie tras prowadzących na szczyt Mont Blanc. Idzie się przez trzy alpejskie wierzchołki: Mont Blanc du Tacul (4248 m), Mont Maudit (4465 m) oraz ostatecznie Mont Blanc (4810 m). Wspinaczka rozpoczyna się w Chamonix.
Alpiniści korzystają z kolejki na Aiguille du Midi (3842 m), skąd schodzi się do schroniska Cosmiques na tzw. nocleg aklimatyzacyjny. Trasa wymaga doskonałego przygotowania kondycyjnego oraz umiejętności poruszania się po lodowcu i stromych ścianach. Jest jeszcze Droga Grands Mulets, historyczna, lecz obecnie rzadziej wybierana ze względu na duże zagrożenie lawinowe.
Tylko Droga Papieska
Dla Andrzeja Witkowskiego z ZG Sobieski (PKW) wszystko od początku było jasne. Szczyt trzeba zaatakować korzystając z drogi papieskiej. Wraz z kolegami: Mateuszem Dolegą i Dawidem Siwkiem ruszyli na wyprawę w czerwcu. Cała trójka zdawała sobie sprawę z faktu, że wybrany szlak jest niebezpieczny i wymaga znajomości, doświadczenia i obycia z górami.
- Nie byliśmy nowicjuszami. Za mną 28 najwyższych szczytów głównych pasm górskich Polski, czyli Korona Gór Polskich, Triglav – najwyższy szczyt Alp Julijskich, a zarazem Słowenii i Grssglockner, najwyższy szczyt Austrii, no i niemieckie Zugspitze i Hochblassen. Koledzy też wprawę górską mają. Mateusz to kalistenik, Dawid z kolei miał do czynienia ze sztukami walki MMA. Obaj również są miłośnikami górskich wypraw. A wiadomo, że regularne wspinaczki poprawiają kondycję fizyczną, wzmacniają mięśnie i układ krążenia. W sumie to wszystko motywowało nas do zdobycia Mont Blanc – opowiada Andrzej Witkowski.
Swoją wyprawę na Mont Blanc rozpoczęli we włoskim miasteczku Courmayeur, w regionie Dolina Aosty. Jest ono położone u stóp Masywu Mont Blanc. W pobliżu znajduje się Tunel du Mont Blanc łączący Włochy i Francję. Stamtąd rusza się dalej wspomnianą Drogą Papieską przez Lodowiec Miage do bardzo nowoczesnego schroniska Rifugio Gonella położonego na wysokości ok. 3000 m n.p.m. Stanowi ono kluczową i najbardziej wymagającą bazę wypadową dalej, na szczyt Mont Blanc.
- Jest wyjątkowo urokliwa. Prowadzi przez tereny praktycznie niekażone obecnością człowieka. Dalej teren staje się coraz bardziej wymagający. Zaczynają się problemy, ponieważ idzie się rumowiskiem kamiennym w kształcie nasypu. To początek moreny lodowca Miage, gdzie trzeba zejść do poziomu lodowca, a raczej ogromnego gruzowiska kamieni. Dla mało doświadczonych wspinaczy trasa może okazać się nie do pokonania – opowiada dalej Andrzej Witkowski.
Tego nie przewidzieli
W schronisku Rifugio Gonella nasi alpiniści najedli się do syta, zaspokoili pragnienie i odpoczęli. O drugiej w nocy postanowili zaatakować szczyt.
- Powiem krótko: niesamowita przygoda. Wokół ciemno, cisza. Oprócz swojego własnego oddechu słychać jedynie muzykę, którą grają Alpy. Góry pracują, podobnie jak górotwór, którego dźwięki słyszymy w kopalnianych wyrobiskach. Jedyne co wzbudzało nas trwogę to szczeliny. Jest ich wszędzie pełno. Jak tylko słońce przygrzeje skały się rozchylają, powstają istne kratery. Trzeba umieć wytyczyć szlak, żeby nie spaść w dół. Na dodatek te ścieżki zmieniają się z godziny na godzinę. Wszystko tu zależne jest od pogody. Śnieżne podłoże było tego dnia stabilne, więc wchodziliśmy dość płynnie na wysokość 4300 m n.p.m, gdzie znajduje się schron Vallot. Miejsce to przeznaczone jest wyłącznie do biwaków w sytuacjach kryzysowych. Nam też się przydało – przyznaje Witkowski.
Z jakiego powodu? Otóż, gdy wydawało się, że cała trójka niebawem dotrze na sam szczyt Mont Blanc, tak jak sobie zaplanowali, nagle wydarzyło się coś, czego nie zdołali przewidzieć. Andrzeja Witkowskiego oraz Dawida Siwka dopadła choroba wysokościowa. Jest to reakcja organizmu na niedotlenienie na wysokości powyżej 2500 m n.p.m. Objawia się bólem głowy, nudnościami, bezsennością i ogólnym osłabieniem.
- Trudno opisać słowami to, co czuliśmy. Z trudnością stawiałem kolejne kroki. Dawid to samo. Pojawiły się tez problemy z oddychaniem. Towarzyszyło temu przyspieszone tętno, duszności, wilgotny kaszel, uczucie bulgotania w płucach. Najlepszym lekarstwem w podobnych sytuacjach jest natychmiastowe przerwanie wspinaczki i odpoczynek. Tak też uczyniliśmy korzystając właśnie ze schronu. Spędziliśmy w nim prawie dobę. Mateusz proponował mi, żebyśmy wraz z Dawidem zostali, a on sam wejdzie na szczyt. Nie byłem wstanie na ten pomysł przystać. W domu, przed podrożą, zaklinałem się na wszystkie świętości, że wyprawa musi udać się od początku do końca. Poszedłem w zaparte i mimo trudności ruszyliśmy dalej – wspomina Witkowski.
W rejonie schronu Vallot trasa, którą podążali nasi alpiniści, łączy się z francuską i wyprowadza dalszą drogę na szczyt Mont Blanc. Szli wolno, wzajemnie wspierając się.
- Podążaliśmy za jakimiś Włochami i w końcu dopięliśmy swego. Stanęliśmy na dachu świata. To było niesamowite uczucie. Na moment przestaliśmy myśleć o chorobach. Nastała wielka chwila, sukces, który zapamiętamy do końca życia – dodaje alpinista z Jaworzna.
W drodze powrotnej wspinacze zdecydowali, że zejdą do schroniska bez zatrzymywania się w schronie Vallot. Posilali się specjalnymi żelami i jedli śnieg.
- Pokończyło się nam wszystko po drodze, wszystkie zapasy, łącznie z wodą i praktycznie z pustymi żołądkami szczęśliwie dotarliśmy do celu. Cóż mogę jeszcze dodać do mojej relacji? Chyba to, że na Mont Blanc Droga Papieska wcale taka łatwa nie jest, choć wydawać by się mogło, że łatwo dostępna. Owszem, można pójść z przewodnikiem francuskim szlakiem, ale dla takich wspinaczy jak my adrenalina też jest istotna. Teraz przynajmniej jest co wspominać. I w sumie o te właśnie wspomnienia przecież chodzi – przyznaje z uśmiechem Andrzej Witkowski.
Teraz przyszedł czas na Gerlach, najwyższy szczyt Tatr oraz całych Karpat. Wyprawa jeszcze w tym roku. Natomiast na 2027 r. wspinacze zaplanowali wejście na Matterhorn – szósty pod względem wysokości samodzielny szczyt alpejski leżący na granicy Szwajcarii i Włoch, w masywie Matterhorn, w Alpach Pennińskich. To dopiero będzie wspinaczka!