fot: ARC
Grzegorz Burzyński ze swoją psią „ferajną” wzbudza ciekawość spacerowiczów na leśnych alejkach.
fot: ARC
Grzegorz Burzyński, na co dzień pracownik w grupie Famur, znalazł swoje spełnienie w dosyć niecodziennej pasji. W technikum kupił psa husky i tak rozpoczął swoją przygodę z wyścigami psich zaprzęgów. Na jego konto trafił już tytuł mistrza Europy, a to dopiero początek tej przygody na lata.
Sobotni poranek, słońce powoli rozświetla niebo, temperatura przekracza 20 stopni. W rejonie lasów Ligoty i Panewnik pojawia się młody człowiek na rowerze. Jednak to nie on, a gromada 15 psów rasy alaskan husky przyciąga uwagę. Biegną tuż przy rowerze, w zwartej grupie.
- Dyscyplina musi być. Są dobrze wyszkolone. Wyglądam z nimi trochę inaczej niż pozostali rowerzyści. Reakcje są więc różne: od zdziwienia do zachwytu. Są i tacy, którzy z oburzeniem stwierdzają: jak można po lesie biegać z taką gromadą psów? A przecież one są doskonale zdyscyplinowane - mówi w rozmowie z Trybuną Górniczą właściciel całej gromadki.
Grzegorz podnosi lewą rękę, psy przechodzą na prawą stronę, trzymają się za rowerem, robiąc przejście na leśnej ścieżce, bo zbliża się rodzina z dziećmi. - Będą się bawić tylko wtedy, jak dostaną pozwolenie. Jest jedna zasada: trenujemy, ale nie przeszkadzamy innym spacerowiczom - dodaje.
Chciał mieć psa
Będąc w technikum, kupił sobie psa. – A że to był syberian husky, który lubi się wybiegać, zacząłem szukać w okolicy ludzi, posiadających takie psy. No i udało się stworzyć zbierany zaprzęg, z którym zacząłem trenować, a po trzech latach startować w zawodach Pucharu Polski. Wówczas okazało się, że jest nadspodziewanie dobrze, a mistrzostwo i wicemistrzostwo kraju na średnim dystansie zadziwiło niejednego – wspomina Burzyński.
Ale to było apogeum możliwości tego zaprzęgu. Dlatego postanowił stworzyć własną psią drużynę.
Pół roku pisania
Szansę na rozwinięcie się dał mu niemiecki musher Karl Habermann, legenda tej dyscypliny.
- Przez pół roku wytrwale do niego pisałem, przekonując, że nie chcę kupić psów w celach handlowych. Miałem marzenia i jasno określone cele, dlatego nie odpuszczałem. Przekonywałem, aż się udało. Karl zdecydował się sprzedać mi sukę wraz z kryciem - wspomina miłośnik husky.
Jak wynika z informacji, które przytacza Burzyński, Habermann od 30 lat związany jest z wyścigami. Uczestniczył nawet w wyprawie na biegun. Posiada setkę psów, ma psi pensjonat, a z zawodu jest drwalem. Z tej setki tylko 14 startuje w zawodach.
– To serdeczny człowiek. Mogłem się u niego szkolić, a widząc moje zaangażowanie, Karl sprezentował mi wózek treningowy i pomógł w kupnie samochodu dostawczego, dostosowanego do przewozu psów – wyjaśnia pracownik Famuru.
Zaszokował wszystkich
W 2010 roku pojawił się jak przysłowiowy królik z kapelusza. Nikomu nieznany, absolutnie niepostrzegany jako faworyt, wygrywa wyścig Border Rush z miażdżącą przewagą. A to 8 dni ścigania i 400 km w czeskich i polskich Karkonoszach! W zeszłym roku jako pierwszy Polak wygrał mistrzostwa Europy na średnim dystansie.
W sezonie 2011 największym wyzwaniem dla Grzegorza był wyścig Pirena Advance (www. pirena. com), rozgrywany w Pirenejach na terenie trzech państw: Andory, Francji i Hiszpanii. Trasa składa się zazwyczaj z 15 etapów, rozgrywanych w znanych stacjach narciarskich, na trudnych górskich odcinkach, a żeby było trudniej – także w nocy. Łączna długość wszystkich etapów wynosi około 400 km, trasa wznosi się miejscami na wysokość 2500 m n.p.m.
- To bardzo trudna pod względem technicznym i aklimatyzacyjnym trasa. Startowało 40 najlepszych, wyselekcjonowanych załóg z całej Europy. Uzyskałem 9. miejsce, co było dużym osiągnięciem, przy założeniu, że przy pierwszym starcie wystarczy, jak tylko ukończę wyścig - mówi.
Burzyński już myśli o kolejnym starcie w tej imprezie i narzeka na wydatki: - Utrzymanie psów, treningi, wyjazdy na zawody, wszystko kosztuje. Dlatego szukam sponsora.
Od kopalni do Famuru
Grzegorz Burzyński jest absolwentem Politechniki Śląskiej, wydziału AEI na kierunku elektronika ogólna. Pracował w kopalni Wujek, a obecnie jego zawodowe losy związane są z grupą Famur. Na początku było to Polskie Centrum Techniki Górniczej, jednostka badawczo-rozwojowa grupy. W PCTG przez kilka lat zajmował się wdrażaniem prototypów w podziemiach kopalń. We wrześniu ubiegłego roku przeszedł do Famuru SA jako inżynier utrzymania ruchu. Tu postawiono przed nim poważne wyzwanie: odbiór, montaż i uruchomienie jednego z najnowocześniejszych parków maszynowych.
– W firmie część ludzi wie, że uczestniczę w wyścigach psich zaprzęgów. Po zeszłorocznym zwycięstwie w mistrzostwach Europy odbiło się to szerokim echem wśród współpracowników – mówi Burzyński.