Witóm piyknie – jak zawsze. Ale sie wyrobio we tym Egipcie. Niy tak downo jedyn prezes – ale niy uod wónglo – godoł, że kożdy Polok musiołby mieć możność jechanio do Egiptu na wczasy. Jak sie ta haja (awantura) napoczyna,
jo żech se tak zaczón rozmyślać, czy uón już co wiedzioł i pojakiymu (dlaczego) tak mu zależało, coby uod nos ludzie tam jechali. I jak żech se to wszystko rozwożył, to doszełech do takij konstatacji: przeca wedle tego prezesa i jego ludzi, Poloki sóm narodym wybranym. Terozki trza by to udowodnić i wyprowadzić ich ze Egiptu bez morze Czerwóne – bo po prowdzie, za chwila innyj drógi może już tyż niy być. Ino jednego żech niy je pewny: czy tyż te morze zaś sie rozstómpi? Bo jakby tak praje (prawie) niy, toby to była uokropno gańba i uostuda...
Nó cóż. Błozny – błoznami, a nasi niy uoglóndajóm sie nad żodne haje, ino jadóm na te ciepłe morze. A tak se myśla, że corozki tónij ta bydzie… Ino żeby jakij partyzantki niy zrobili, bo jedne AK za uostatnij wojny we Afryce już było, prowda?
Jurek Ciurlok „Ecik”
LIMERYK
Skoro jesteśmy na Bliskim Wschodzie, to i limeryk będzie, że tak powiem, na miejscu. Dla porządku dodam, że znów spod pióra „pewnego chutliwego starca”.
Pewien oszczędny bankier z Rabatu
W przybytku uciech żądał rabatu.
Dziwka mu na to: – Ach, przyjacielu,
Nie jesteś w banku! Jesteś w burdelu!
Rabatu nie daję! Nawet bratu...
Ciągle też czekam na efekty Państwa rymotwórczych talentów i zabaw.
Z taszy listonosza
Kto kogo
Żyd i Ormianin sprzeczają się, który lepiej handluje i w żaden sposób nie mogą dojść do porozumienia. Wreszcie Żyd proponuje ostateczne rozstrzygnięcie:
– Jeśli powiesz kłamstwo bez chwili zastanowienia, dam ci sto dolarów.
– Jak to sto?! – z oburzeniem wykrzyknął Ormianin. – Przecież obiecałeś dwieście!!!
Ot, problem
Młoda żona skarży się swojej matce:
– Już mnie nie bawią rozmowy z mężem...
– Dlaczego?!
– A co ciekawego może mi powiedzieć człowiek, który nigdy, w żadnej sprawie nie ma racji?
Refleks, refleks!
Mąż wraca wcześniej do domu i natychmiast zauważa tlące się w popielniczce cygaro.
– Skąd się wzięło to cygaro?!
Żona nie wie, co odpowiedzieć, stoi zmieszana z bezradną miną...
– No skąd się wzięło to cygaro?! – powtarza mąż podniesionym głosem.
W tym momencie z szafy dobiega głośny szept:
– No przecież z Hawany, ty idiotko! Jak mogłaś nie wiedzieć?
Przysłowia i powiedzonka
Gdzie ni ma odbiyracza, tam niyma złodzieja – ale, niestety, chętnych na „okazje” jest chyba więcej niż oferujących je.
Gdzie ni ma skarżyciela, tam niyma sądziciela – patrz wyżej, bo jest podobnie.
Gdzie uogón rzóndzi, tam głowa błóndzi – to dość intrygujące sformułowanie, nieprawdaż?
Gdzieś winien, albo płać, albo proś – chyba, że szybko biegasz!
Gymba ji loto jak pytel we młynie – tylko kto dziś wie, co to „pytel”?
Gibki jak żółw, chyntny jak wół – oj dużo takich, oj dużo!
MYŚLI WIELKICH, MĄDRYCH,
NIE ZAWSZE ZNANYCH
Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem – przecież to nie piwo!!!
Pyrsk!!!
Bonus dla internautów:
Złota kolekcja dowcipów roku 2010
Swojego zawsze się pozna
W jeden z najpiękniejszych zakątków naszego globu, podjechał autokar z międzynarodową wycieczką. Zatrzymał się na parkingu w miejscu widokowym. Pasażerowie wysypali się ze środka a na widok zapierających dech w piersiach cudów natury, rozległy się okrzyki zachwytu w różnych językach:
- My God! It’s wonderful! (Mój Boże! To jest przepiękne!).
- Herr Gott! Das ist wunderbar! (jak wyżej).
- Gospody! Kakoje eto priekrasnoje! (jak wyżej).
- O kur...!!! Ja pier...!!! Zaje...!!! (jak najniżej!).
Podróże kształcą!
Pewien Amerykanin podróżujący po Polsce chciał zakpić z tubylców na dalekiej prowincji. Pewnego razu, w jakiejś górskiej, czy też kresowej wiosce wszedł do miejscowe knajpy i głośno rzekł:
- Słyszałem, że wy, Polacy, możecie dużo wypić. Założę się o 500 dolców, że żaden z was nie wypije pół litra wódki jednym haustem.
W barze zapanowała cisza. Nikt nie kwapił się podjąć zakładu. Jeden gościu nawet wyszedł. Ale minęło kilka minut i wrócił. Podszedł do Amerykanina i spytał: - Czy twój zakład jest wciąż aktualny?
- Tak.
- No to ja startuję. Kelner! Butelkę wódki podaj!
Gościu stanął w lekkim rozkroku, butelkę przytknął do ust, odchylił się do tyłu i zawartość flaszki w mgnieniu oka wlał do gardła! Amerykanin stanął jak wryty, ale po chwili wypłacił 500 dolarów i spytał:
- A czy mógłbym wiedzieć, dokąd wyszedłeś kilka minut wcześniej?
- Poszedłem do sklepu naprzeciwko, sprawdzić, czy mi się uda...