fot: Kajetan Berezowski
Józef Prus mieszka w byłej strażnicy na granicy polsko-niemieckiej w Bytomiu
fot: Kajetan Berezowski
Siedemdziesiąt lat po wybuchu II Wojny Światowej życie na dawnej granicy polsko-niemieckiej toczy się spokojnie. Na palcach jednej ręki można policzyć naocznych świadków tamtych dni. Wielu młodych mieszkańców rudzkich i bytomskich osiedli nawet nie zdaje sobie sprawy z faktu, że jeszcze nie tak dawno temu na ulicach, którymi chodzą, krzątali się celnicy, a służby graniczne podnosiły i opuszczały szlabany.
Józef Prus mieszka w byłym niemieckim posterunku celnym usytuowanym na obecnej granicy bytomskich Szombierek i Rudy Śląskiej. Od niechcenia zaprasza do siebie reportera nettg.pl i chwali niemiecką precyzję budowlaną. Chata, choć w większości drewniana, trzyma się zupełnie nieźle. Zwłaszcza, że od chwili jej postawienia (ok. 1922 r.) zdążyło upłynąć trochę czasu. Po wojnie żaden z jej administratorów nie kwapił się do przeprowadzenia gruntownego remontu.
- Sfatygowany dach przemaka, ale za to piwnica jest murowana. Na dole ściany z cegły. Żadne wiertło nie wejdzie. To jest budowla obliczona na setki lat – zarzeka się Prus.
Chętnie też prezentuje dobrze zachowany i solidnie okratowany podziemny areszt służący jako izba zatrzymań przemytników i osób usiłujących przekraczać granicę bez dokumentów.
Naprzeciw biegną tory tramwajowe.
- Zupełnie tak, jak w 1939 r. Nawet przystanek jest w tym samym miejscu. „Banka” się zatrzymywała i celnik rozpoczynał kontrolę. Porządku pilnowało dwóch szupowców. Kto wiózł za dużo towaru musiał przejść na posterunek i złożyć wyjaśnienie. W zasadzie to nie wolno było nic przewozić – opowiada Józef Prus.
Celnik był panem
Więcej na ten temat miała nam do powiedzenia pani Halinka, którą spotkaliśmy po drugiej stronie dawnej polsko-niemieckiej granicy, w rejonie Szarleja. Skończyła właśnie 83 lata. W tym rejonie spędziła dzieciństwo i młodość. Teraz mieszka w byłym budynku niemieckich służb granicznych przy ul. Witczaka w Bytomiu.
- Od tamtych czasów nic się tu nie zmieniło. No, zniknął tylko szlaban graniczny, ale droga taka sama. I to dosłownie. Po wojnie nawet nie zdążyli jej wyasfaltować. O, tu pełnili służbę Niemcy, a tam dalej Polacy – wyjaśnia wskazując najpierw na niewielki, odrapany budynek, a następnie na solidny dwukondygnacyjny dom ze skośnym zadaszeniem.
Jej ojciec pracował przed wojną w kopalni „Helena” na Szarleju. Miał po niemieckiej stronie rodzinę.
- Ci, którzy nie otrzymali z różnych powodów tak zwanej przepustki cyrkulacyjnej, albo paszportu, podchodzili pod szlaban i mogli sobie porozmawiać. Kto miał dokument przechodził tam i z powrotem dowolną ilość razy. Ja chodziłam do Niemiec kilka razy w tygodniu. Dostawałam od rodziny mieszkającej po niemieckiej stronie podarunki. W drodze powrotnej trzeba było pokazać wszystko, co się wiozło - najpierw niemieckiemu, a potem polskiemu celnikowi. Wiele zależało od ich humorów. Jeśli któryś miał zły dzień, rekwirował wszystko. Mnie kiedyś zabrali kilo pomarańczy – wspomina starsza kobieta.
Kiełbasa i zapalniczki
Rola ponad trzydziestotysięcznego Bytomia jako ośrodka gospodarczego i administracyjnego znacząco wzrosła w latach trzydziestych. W mieście koncentrowała się połowa pozostałych w Niemczech kopalń węgla i prawie całe górnictwo rud. Mniejsze było bezrobocie, ale za to życie znacznie droższe. Niemcy kupowali w Polsce zwłaszcza żywność. Polacy przywozili ubrania, narzędzia i artykuły gospodarstwa domowego.
Byli i tacy, co mieszkali po polskiej stronie, a pracowali po niemieckiej. Dotyczyło to zwłaszcza górników deklarujących niemiecką przynależność narodową. Bez przeszkód przyjmowano ich do pracy w usytuowanych blisko pasa granicznego kopalniach „Heinzegrubbe” i „Bolko”. Granica tętniła więc życiem i za dnia i w nocy, kiedy to przekraczali ją potajemnie przemytnicy. Zabierali z sobą pęta polskiej kiełbasy, a przywozili poszukiwane u nas niemieckie zapalniczki.
Dziś u wylotu ulicy Witczaka panuje spokój jak makiem zasiał. Do pierwszego lepszego sklepu dalej stąd niż przed wojną, a gdy deszcz rozpada się na dobre, woda kapie na głowy lokatorów obydwu posterunków rzęsistym strumieniem.
Kręta granica
Na dzisiejszej granicy Bytomia i Brzezin niemiecki posterunek celny zlokalizowano pod kopalnią „Orzeł Biały”, wówczas „Bleischarleygrubbe”. Polską placówkę postawiono około 600 m dalej przy drodze. Stoi zresztą do dziś pełniąc - jak większość dawnych strażnic - funkcję budynku mieszkalnego.
Kwestię pasa granicznego udało się tu mimo wszystko w miarę rozsądnie rozwiązać, ale podążając dalej, w kierunku bardziej zurbanizowanych terenów widać było, że ówczesne władze miały z przebiegiem linii granicznej sporo problemów. Dla przykładu, znajdująca się w sąsiednich Makoszowach kopalnia została tak przedzielona granicą państwową, że większość jej zabudowań stała w Niemczech, a skład drewna mieścił się w granicach Rzeczpospolitej.
Dawna granica polsko-niemiecka najokazalej prezentuje się dziś od strony Chorzowa. Zachowały się tu koszary Korpusu Ochrony Pogranicza oraz trzy budynki administrowane ongiś przez zarząd kopalni „Barbara-Wyzwolenie”. Jak wspomina spotkana przez reportera nettg.pl Helena Świszcz, zamieszkiwali je członkowie wyższego dozoru kopalni. Na poddaszu miała swe lokum służba.
Ten rejon Śląska był wyjątkowo dobrze skomunikowany. Kursował tędy tramwaj z Katowic do Piekar. Zatrzymywał się na granicznym posterunku w Łagiewnikach i w asyście niemieckiego pogranicznika ruszał dalej z zaplombowanymi przez Polaków drzwiami. Otwierano je dopiero na granicy w Szarleju.
- Pierwszy wrześniowy poranek 1939 roku przywitał miejscowych spokojem. Ze swych posterunków zniknęli jedynie mundurowi. Nikt też nie zaplombował tramwaju zmierzającego do Piekar – opowiada Helena Świszcz.
Lecz był to spokój tylko z pozoru. Z nocnej zmiany – jak podają kroniki – nie powrócili na polską stronę górnicy zatrudnieni w bytomskich kopalniach. Niemcy zatrzymali ich poprzedniego dnia po pracy wcielając większość do Freikorpusu, którego bojówki zajęły o świcie przygraniczne kopalnie po polskiej stronie. Za nimi podążał Wehrmacht.
W 1945 roku granica znikła z górnośląskiej mapy, urządzenia zlikwidowano a posterunki kontrolne przekształcono na mieszkania. Dziś zaświadczają one o zagmatwanej historii śląskiej ziemi.
W galerii: Pozostałości linii granicznej między Polską a Niemcami w okolicach Bytomia, Chorzowa i Rudy Śląskiej (zdjęcia: Kajetan Berezowski - nettg.pl)