Wspomnienia pierwszomajowe: Oddech w czerwone święta

Józef Białek nie wierzy w to, by na napuszone i krzykliwe pochody pierwszomajowe przed kilkudziesięciu laty zganiano górników groźbą szykan za nieobecność. W sytuacji, gdy węgla wciąż było mało, nieprawdopodobne było „karne” zwolnienie z takiego powodu.

74-letni emerytowany naczelny inżynier z nieistniejącej już kopalni „Barbara-Chorzów” na sposób obchodzenia Święta Pracy w latach 70. i 80. ubiegłego wieku spogląda z dystansem. – Owszem, byłem członkiem PZPR od 1966 r. do jej samorozwiązania. Nie byłem natomiast ani aparatczykiem, ani aktywistą. Bliższa była mi działalność w stowarzyszeniu inżynierskim. 1 Maja – o ile nie miałem dyżuru w kopalni – bywałem na pochodach. Nawet nie tyle z jakiejś silnej wewnętrznej potrzeby. Raczej dlatego, że nie wypadało inaczej wobec załogi. Na rutynowej cotygodniowej odprawie kierownictwa przed świętem sekretarz partii apelował o uczestnictwo kadry w manifestacji, dodając, że jesteśmy też odpowiedzialni za udział w pochodzie załogi. W gruncie rzeczy dla osób z wyższego dozoru na tym się kończyło, bo nie zajmowaliśmy się jakąś namolną agitacją. Zachęcanie pracowników przede wszystkim spadało na sekretarzy Komitetu Zakładowego i Oddziałowych Organizacji Partyjnych. Ale – jak powiadam – niezręcznie byłoby nie przyjść – wspomina. Z perspektywy czasu Józef Białek ocenia, że – zwłaszcza w latach 70. – świętowanie 1 Maja było dla załogi rzadką okazją oderwania się od codziennej harówki.

– Proszę pamiętać, że w tamtym czasie węgla wciąż było mało i mało, toteż fedrowało się właściwie na okrągło. W ciągu roku, oprócz Barbórki, pewnymi wolnymi dla górnika dniami były więc jeszcze dwa „czerwone święta”, czyli 1 Maja i 22 Lipca. No, może także Nowy Rok. W główne święta kościelne bywało już rozmaicie. Sądzę, że 1 Maja ludzie nie traktowali wprawdzie jako święto patriotyczne, lecz przede wszystkim jako po prostu wolny dzień i sposobność do oddechu. Szli na ten pochód z dziećmi, balonikami, spotykali się poza kopalnią z kolegami. Zawsze były potem jakieś festyny, atrakcyjne występy estradowe, interesujące mecze. W warunkach ówczesnej rynkowej pustki przy takich okazjach pojawiało się również obfitsze zaopatrzenie. Były pełniejsze stoiska w sklepach i na festynach, piwo... – wraca do kolorytu ówczesnych obchodów.

Józef Białek nie odrzuca całkowicie ewentualności, że z powodu absencji na pierwszomajowym pochodzie ten i ów mógł doznać jakichś przykrości. Za mało prawdopodobne uznaje jednak wywieranie na pracowników brutalnej presji i stosowanie dotkliwych szykan.

– Prawdę powiedziawszy, w górnictwie nie było instrumentów tego rodzaju nacisków. Po Polsce uganiali się werbownicy, usiłujący sprowadzić do kopalń jak najwięcej mężczyzn do pracy. Trudno więc sobie wyobrazić poważne sankcje lub zwolnienie pracownika z roboty z powodu nieobecności na pochodzie. W każdej chwili znalazłby pracę w innej kopalni. Pamiętam przypadki składania z rozmaitych powodów legitymacji partyjnych – też bez jakichś drakońskich konsekwencji – wspomina Józef Białek.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Autonomiczne ściany w kopalniach. Najpierw wielkie obietnice, potem likwidacja spółki

Pisałem niedawno o kopalni Jan, czyli pierwszej zautomatyzowanej kopalni węgla kamiennego w Polsce. Kiedyś dużo się o niej mówiło, a ja, ucząc się pilotażu szybowca, zobaczyłem ją z powietrza gdzieś na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Powstanie tablica upamiętniająca internowanych w Zabrzu-Zaborzu. „Zadbamy o pamięć osób, którym zawdzięczamy wolność"

Jak poinformowała śląsko-dąbrowska "Solidarność", przy bramie prowadzącej do Zakładu Karnego w Zabrzu umieszczona zostanie tablica upamiętniająca osoby internowane po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. 

Fot glowne 2026 08 13 Nettg 00

Kopalnia Soli „Wieliczka” – jedna wycieczka, setki wrażeń!

Podróże czy edukacja? Połącz jedno i drugie, zabierz swoją klasę na szkolną wyprawę do Kopalni Soli „Wieliczka”. Zamiast lekcji aktywna nauka podczas zwiedzania. Wybierz trasę idealną do wieku uczniów i posiadanej przez nich wiedzy.

Małysz nadal przyciąga. Tysiące osób odwiedziło już centrum narciarstwa jego imienia

W ciągu miesiąca ponad 5 tysięcy osób odwiedziło Beskidzkie Centrum Narciarstwa im. Adama Małysza w Wiśle. Nowa atrakcja turystyczna przyciągnęła zarówno mieszkańców, jak i turystów z Polski oraz zagranicy. – Nazwisko Adama Małysza wciąż ma w sobie magię i nadal przyciąga ludzi - mówi Tadeusz Papierzyński, prezes spółki Baseny Wisła, która zarządza obiektem.