Wigilia Zygmunta Łukaszczyka: Zapach smażonego karpia...
fot: Jarosław Galusek
fot: Jarosław Galusek
- Najmilej wspominam Wigilie z czasów dzieciństwa. Przed południem w dniu Wigilii do obowiązków dzieci należało ubranie choinki. Do zadań ojca należało wypatroszenie ryb, po które trzeba było stać wcześniej kilka godzin w kolejce, mama krzątała się w kuchni. W całym domu pachniało makowcem, moczką i śląską bryją (to gęsta zupa przyrządzana z suszonych śliwek), ale mnie najbardziej ciągnęło do smażonego karpia. Każdy domownik, pod nieuwagę mamy, chciał skubnąć choć kawałeczek ryby. Około godz. 16 dzieci przebrane świątecznie wychodziły na próg, wypatrując pierwszej gwiazdki, która zwiastowała, że można zasiąść do stołu. Wieczerza rozpoczynała się od modlitwy i podziękowania za miniony rok. Po podzieleniu się opłatkiem, siadaliśmy do stołu. Dzieci starały się zjeść kolację jak najszybciej, żeby móc zajrzeć pod choinkę. Na choince wisiały zrobione z papieru kolorowego ozdoby i łańcuchy, lampki robiliśmy własnoręcznie. Rano wieszaliśmy też cukierki, której najczęściej wieczorem znikały, a w papierki zapakowana była wata. Przed pasterką mama zanosiła rybę, która została z wieczerzy, na szrank (szafę) do sypialni. Każdy z nas wiedział, ile kawałków karpia mu przypadło. Z pasterki biegliśmy do domu i zajadaliśmy się rybą na zimno.
Czytaj więcej o Wigiliach:
Dariusza Lubery, Torbjorna Wahlborga, Stanisława Gajosa, Mirosława Tarasa.