Ludwik Goik skończył już 81 lat. W Jastrzębiu Zdroju mieszka prawie od urodzenia. Całe życie przepracował w Przedsiębiorstwie Montażu Urządzeń Górniczych przy montażu kopalnianych wież szybowych. Od 20 lat jest emerytem. – Pracowałem przy montażu prawie wszystkich wież szybowych jastrzębskich kopalń. Jak zaczynałem w latach 50., to była jeszcze wieś – wspomina Goik.
Przed wybuchem wojny Goik zdążył skończyć cztery klasy szkoły podstawowej. Dalsze trzy zaliczył już podczas okupacji w szkole niemieckiej. Później chciał zdobyć zawód ślusarza. Przedtem musiał jednak rok pracować w gospodarstwie u niemieckiego rolnika, którego synowie służyli w Wermachcie. Zanim wywiązał się z tego obowiązku, wojna się skończyła. Kiedy powojenny chaos został opanowany, Goik zdobył wykształcenie ślusarza, ale zaraz potem, w 1949 r., dostał powołanie do wojska.
– Wcielili mnie na trzy lata do batalionów pracy, bo, jako Ślązak, byłem elementem niepewnym, zagrażającym socjalizmowi – wspomina.
Po wojsku, w 1953 r., Goik zatrudnił się w Pemugu. Pierwszą robotą, jaką wykonywał, był montaż konstrukcji stalowych zakładu przeróbczego w kopalni „Marcel”. Później jego brygada została przeniesiona do Rudy Śląskiej, gdzie montowała zakład przeróbczy w kopalni „Polska”.
Z Wodzisławia do Jastrzębia
– Pierwszą wieżę szybową montowałem w trakcie budowy kopalni „1-Maja” w Wodzisławiu – opowiada. – To była wieża tymczasowa, potrzebna do głębienia szybu przez pracowników PBSz.
Po wykonaniu tej roboty Goik został przeniesiony do montażu podobnej wieży w kopalni „Jastrzębie”. – To było chyba w 1956 r., ale dokładnej daty nie pamiętam – zastrzega się.
Przez następne lata Goik montował kolejne wieże szybowe w budowanych w latach 50. i 60. jastrzębskich kopalniach. W kopalni „Jastrzębie” najpierw była wieża do głębienia szybu III, a później II. – To były już wieże stałe, o konstrukcji stalowej – przypomina sobie.
W kopalni „Moszczenica” Goik montował po kolei wieże szybu I i III. – One były blisko siebie, w miejscu, które nazywało się Boża Góra. To były już też konstrukcje stałe – relacjonuje.
Konstrukcje szybu II, głównego i IV w tej kopalni, to też jego robota. W czasie głębienia szybu I, na głębokości 400 metrów doszło do wybuchu metanu. Zginęło wtedy dziesięciu pracowników PBSz, w tym jedna kobieta. Tydzień później podobny wybuch był w szybie IV. Tam też byli poszkodowani, ale nikt nie zginął.
– Jak doszło do tego drugiego wybuchu, to myśmy montowali obok wieżę, która miała być nasunięta na szyb – mówi Goik. – To była wtedy bardzo ryzykowna robota, technicznie i dla ludzi.
Wieże szybowe „Zofiówki”
Po „Moszczenicy” przyszła kolej na kopalnię „Zofiówka”, która w tym roku obchodzić będzie 40-lecie powstania. Brygady Pemugu rozpoczęły w niej roboty od montażu konstrukcji wieży szybu III. Pod lasem, który rósł na miejscu dzisiejszej elektrociepłowni, był duży plac wykonawczy. Tam przygotowywana była konstrukcja kolejnej wieży, dla szybu VI.
– Wieża szybu II w „Zofiówce” była nasuwana – relacjonuje Goik. – Montowaliśmy ją obok tego szybu, który był wówczas głębiony. Podczas montażu kolejnej wieży, szybu IV, pękł wąż z tlenem do spawania. Ucierpiał wtedy mój szwagier, któremu poparzyło twarz.
O pracach, jakie montażyści Pemugu wykonywali podczas budowy kopalni „Zofiówka”, Goik mówi, że były robione na raty i uzasadnia to tak: – Najpierw była wieża szybu trzeciego, a potem konstrukcja pierwszego, potrzebna do jego pogłębienia. Kiedy PBSz go pogłębiał, to myśmy już przygotowywali wieżę do głębienia szybu drugiego.
W „Zofiówce”, jak sobie przypomina Goik, pracownicy Pemugu montowali także urządzenia przyszybowe na podszybiach, służące do załadunku wozów. Wykonali również naczynia załadowcze do skipu.
– Robót w tej kopalni było dużo – mówi. – Montowaliśmy tam także zakład przeróbczy. Cała jego konstrukcja stalowa, to była nasza robota. Robiliśmy również konstrukcję elektrociepłowni w „Zofiówce”.
Przy wykonywaniu prac w tej kopalni, Pemug wykorzystywał radziecki dźwig, który służył do budowy Pałacu Kultury w Warszawie. – Jak do nas dotarł, to musieliśmy go najpierw naprawić, bo Rosjanie, jak skończyli roboty, to nie zdemontowali 27-metrowego wysięgnika, tylko go zrzucili z wieży. To był bardzo mocny dźwig. Mógł unieść ciężar do 12 ton – opowiada Goik.
Po szychcie z kosą
Warunki pracy w tamtych latach nie były łatwe. – Mieliśmy do czynienia z dużymi ciężarami, a nie zawsze były do dyspozycji dźwigi. Z każdym problemem trzeba było sobie radzić samemu. Nie było łaźni, ani szatni. Umyć po robocie można się było w domu. Do pracy jeździło się na rowerze, nawet zimą. Dopiero jak kopalnie zaczęły funkcjonować, to były przewozy.
Mimo ciężkiej pracy Goik po szychcie nie odpoczywał w domu. – Zjadłem obiad, brałem kosę na ramię i szedłem na pole. Późno kładłem się spać, a rano szło się znowu do roboty – podkreśla.
Goik najczęściej pracował na budowach w Jastrzębiu, a więc blisko domu. Ale był też okres, w latach 50., kiedy dojeżdżał na budowę elektrociepłowni w Szombierkach, co było dość skomplikowane. – O godz. 3.15 miałem pociąg ze stacji Jastrzębie Górne (już nie istnieje – red.) relacji Gierałtowice – Chałupki – Makoszowy. Z Makoszów jechałem innym pociągiem do Ligoty. Tam przesiadałem się na pociąg jadący do Gliwic. Wysiadałem w Bobrku, a stamtąd tramwajem do Szombierek. O 6.00 byłem już w robocie. Do domu wracałem około 19. Później jeszcze do 23 pracowałem przy budowie domu. Wtedy wszystko robiło się samemu, nawet cegły.
Chwilę zastanawia się nad swoją przeszłością i tak ją komentuje: – Jak by młodzi ludzie zobaczyli, co ja wtedy robiłem, to by powiedzieli, że jestem wariatem.
Patrząc na wieże szybów kopalnianych, które montował, a te z „Zofiówki” są blisko jego domu, Goik nie myśli, że to jego dzieło. – Co trzeba było zrobić, to się zrobiło. Mnie nie bawi mówienie „patrzcie, ja to zrobiłem!” – podkreśla.
Goik prawie całe życie zawodowe spędził w Pemugu. Do końca wznosił jakieś konstrukcje stalowe w jastrzębskich kopalniach, ale ostatnią była wieża szybowa kopalni „Jankowice” w Rybniku.
Rok przed emeryturą Ludwik Goik przeszedł na rentę, bo „wysiadł” mu kręgosłup. Teraz, kiedy zdrowie na zbyt wiele mu nie pozwala, zajmuje się tylko pszczołami. – Miał je już mój ojciec, a ja zabawiam się tym od 70 lat...
Najpierw wydobywano węgiel, potem założono park
Rezerwat „Segiet”, Suchogórski Labirynt Skalny, Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy „Żabie Doły” czy Park Miejski im. hm. Franciszka Kachla. Co łączy te cenne obszary przyrodnicze w Bytomiu? Każdy z nich powstał na terenach, gdzie wydobywano ważne dla gospodarki surowce mineralne.