Widział kto górnika z kozą?

fot: Maciej Dorosiński

Na czele grupy kolędników lub - jak kto woli - kolędziorzy idzie pasterz prowadzący na powrozie kozę, którą udaje zwykle dwóch chłopców

fot: Maciej Dorosiński

Mieszkam w bloku na osiedlu. Jakie są szanse, że w święta odwiedzi mnie górnik z kozą? Chyba raczej marne, prędzej przyjdą turoń z gwiazdą albo niedźwiedź z policjantem, choć i te wersje nie są wcale takie pewne. Jednak w wielu śląskich wsiach i osadach zwyczaj bożonarodzeniowego kolędowania jest wciąż kultywowany. Od Wigilii aż po Trzech Króli po domostwach krążą grupy kolędników. W niektórych miejscowościach na południu regionu kolęduje górnik w galowym mundurze, a towarzyszy mu... koza.

Na czele grupy kolędników lub - jak kto woli - kolędziorzy idzie wówczas pasterz prowadzący na powrozie kozę, którą udaje zwykle dwóch chłopców. Jeden trzyma na kiju pysk z ruchomą paszczą, dużym czerwonym językiem i rogami. Za kozą podąża górnik, następnie rzeźnik w białym fartuchu, a za nim Żyd we fraku i cylindrze, z pejsami i brodą. Na końcu kroczą muzykanci.

Kiedyś na Górnym Śląsku kolędników nazywano herodami, pastuszkami bądź królami. Na kilka dni przed świętami przypominali sobie teksty kolęd i życzeń, dzieląc się rolami i szykując ubiory.

Tradycyjna kolęda to oczywiście herodzi przebrani za jasełkowe postacie Heroda, diabła, anioła, śmierci i Żyda. Wchodzą do domów i odgrywają sceny z jasełek, zwłaszcza śmierć Heroda. Widowiska te, sięgające czasów średniowiecza, pierwotnie wystawiano w kościołach, a później wzbogacano treściami świeckimi. Były ulubioną rozrywką świąteczną. Pastuszkowie i trzej królowie przebierali się zwykle w białe szaty, nosili wysokie czapki lub korony z tektury, oklejone kolorowym papierem. Twarze mieli pomalowane jaskrawymi kolorami lub zasłonięte maskami. Jeden z nich obowiązkowo musiał ubrudzić twarz węglem.

Węgiel był nieodłącznym atrybutem śląskich kolędników. Jeśli w domu, do którego zachodzili, mieszkały panny, wówczas smarowali im na czarno twarze. Prócz węgla nieśli gwiazdę osadzoną na kiju, opatrzoną w kołowrót albo szopkę. Gwiazdę oklejano bibułą, a do środka wstawiano świecę lub żarówkę. Poszczególne grupy kolędowały w określonym rejonie, dzielnicy, a nawet w... tramwajach. Zdarzało się, że dwie albo więcej grup wpadało na siebie. Wówczas, jak pisze w książce "Śląskie zwyczaje i zabawy" Krystyna Kaczko, dochodziło do sprzeczek, czasem żartobliwych, a czasem kończących się poważną bijatyką.

W rejonie Tarnowskich Gór i Lublińca, a także w Bytomiu i Rybniku urządzano dla odmiany kolędowanie z niedźwiedziem. Przebranie sporządzano ze słomy lub skręconych grochowin. Do dziś zresztą niedźwiedź kolęduje w kożuchu odwróconym włosem na zewnątrz. Na powrozie wiedzie go dziad, a towarzyszą im: chłopak przebrany za babę, diabeł, górnik i policjant. Niedźwiedź obtańcowuje panny, a ta, którą pocałuje, ma wielkie szanse na zamążpójście w Nowym Roku.

Rolą policjanta jest kontrolowanie domostwa. Za nieporządek pobiera on dwa złote, górnik zaś smaruje twarze dziewcząt węglem, diabeł hula po izbie, a baba zbiera w tym czasie do koszyka całą żywność ze stołu gospodarza, gdy ten ociąga się z poczęstunkiem.

Jeśli zatem spotkamy w święta kolędników, bądźmy dla nich hojni.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

1758694244 wielki piec

Spektakl "Wielki Piec... Ginter Łostoń" bezpłatnie już w niedzielę, 11 października. Nie przegap

Już w niedzielę, 11 października 2026 r. o godz. 16.00, Śląski Teatr Impresaryjny im. Henryka Bisty w Rudzie Śląskiej zaprasza na wyjątkowe - bezpłatne wydarzenie kulturalne. Na deskach teatru zadebiutuje najnowszy spektakl w reżyserii Zbigniewa Stryja pt. „WIELKI PIEC... GINTER ŁOSTOŃ”.

Pozwał Netflix za serial Ołowiane dzieci. Broni pamięci babci

Prof. Stanisław Torbus, wnuk prof. Bożeny Hager-Małeckiej, znanej śląskiej lekarki, pozwał platformę Netflix. Zarzuca twórcom serialu „Ołowiane dzieci”, że zniekształcili historię jego babci, która zmarła w 2016 roku.

Z notatnika sztygara Onderki: Feralny piątek

Nasze kopalnie pustoszeją. Tajemnicą poliszynela jest, że nie ma ludzi do pracy. W ostatnich miesiącach odeszli na świadczenia górnicy z wydobycia i przygotówek, kombajniści z doświadczeniem, elektrycy, strzelniczy, ludzie z dozoru, kierownicy i dyrektorzy. Tymczasem słyszę i czytam ostatnio w mediach, że wracamy do węgla, bo stanowi on nasze zabezpieczenie energetyczne, zwłaszcza teraz, gdy okazuje się, że gazu brak, a jego ceny jeszcze wystrzelą w górę. Ja Wam powiem, że jest to sytuacja wypisz, wymaluj z moich czasów. 

Jak Rambo wyjeżdżał z szychty i pędził prosto na próbę zespołu Myslovitz

Rozmowa z WOJCIECHEM „LALĄ” KUDERSKIM, perkusistą Myslovitz, który w 1998 roku odszedł z branży górniczej