Węglowe obligacje małego ryzyka
fot: Jarosław Galusek
- Ludzie wchodziliby w ograniczonej liczbie, na ograniczony czas, do ściśle wyznaczonych czynności technologicznych, natomiast sam kompleks będzie sterowany zdalnie, z dyspozytorni. Technika umożliwia dziś sterowanie z każdego niemal miejsca - zapowiada Stanisław Gajos
fot: Jarosław Galusek
Przed kilkoma dniami KHW przystąpił do realizacji obligacyjnego programu. Kto zdecydował się objąć te nowe, w praktyce polskiego górnictwa, papiery i na jaką wartość?
- To sprawa poufna, toteż nie mogę wskazać ich wprost. Mogę jedynie powiedzieć, że na początek zawarliśmy dwa ważne porozumienia: z jednym z większych odbiorców naszego węgla oraz z prestiżową firmą z kręgu zaplecza górniczego. Na dziś możemy mówić o objęciu obligacji wartości około 100 mln zł. Pewnie zaraz padnie pytanie, kiedy te pieniądze znajdą się na rachunku KHW?
Fakt, o to chcę właśnie spytać.
- Prawdopodobnie – jak przypuszczam – w ciągu kilkunastu najbliższych dni. Ale proszę nie ulegać uproszczonemu wyobrażeniu, że oto raptem, z dnia na dzień, do naszej firmy napłynie spodziewanych 900 mln zł z tytułu tych papierów. Wyjaśniam: emisja obligacji to program, rozpisany na 3–5 lat. Przy sprzyjającej koniunkturze rynkowej jego realizacja potrwa krócej, przy kiepskiej – dłużej. Absorpcja środków będzie więc przebiegała transzami. Najważniejsze kroki zostały zrobione. Jest uchwała właścicielska, jest memorandum. Tak naprawdę negocjujemy z partnerami dwa parametry: marżę i termin zapadalności. Pojawienie się pieniędzy na rachunku KHW pozostaje więc już kwestią czysto techniczną, związaną z procedurami u agenta emisji.
Z definicji obligacji wynika, że jest to papier wartościowy, dający jego posiadaczowi prawo do otrzymania z góry określonego dochodu. Jaki on będzie?
- Obligacja jest de facto instrumentem finansowym, który w momencie zapadalności ma konkretną wartość. Spełnienie świadczenia – skoro mowa o obligacjach węglowych – będzie następowało w produkcie naszej firmy. Co istotne – wartość obejmowanego węgla będzie przeliczana według jego aktualnej ceny rynkowej. Innymi słowy, jest to instrument bardzo bezpieczny.
Jakie rachuby holding łączy z obligacyjnym programem?
- Środki z tego źródła – program bardzo precyzyjnie określa ich przeznaczenie, wykluczając jakąkolwiek dowolność – mają pójść głównie na sfinansowanie byłych, już realizowanych i przyszłych inwestycji. Ich wykorzystanie nade wszystko ma być podporządkowane zwiększaniu – podkreślam – efektywności firmy. W grę wchodzi przede wszystkim rozwój produkcji niskosiarkowych węgli. W tym kontekście szczególnie cynicznie brzmi prasowy atak z ostatnich dni, wymierzony w gospodarcze interesy holdingu.
Czyżby wracał Pan do publikacji „Rzeczpospolitej” sprzed kilkunastu dni, obwieszczającej możliwość upadłości KHW? Przecież codzienna gazeta żyje tylko kilkanaście godzin.
- Sugerowanie upadłości naszej firmy przez tego rodzaju gazetę nie mogło więc przejść bez jakiegokolwiek echa. Cóż z tego, że – jak sugerował pomieszczony w „Rz” tekst – nieprawdziwą okazała się informacja, jakoby jeden z banków rozważał wystąpienie z wnioskiem o ogłoszenie upadłości KHW? Cóż z tego, że nazajutrz po wydrukowaniu tekstu otrzymaliśmy oświadczenie z tegoż banku, że nikomu z ich finansistów nie przyszedł do głowy taki pomysł? Fałszywa wiadomość poszła po prostu w świat. Tymczasem wśród zainteresowanych objęciem obligacji KHW były m.in. ponadnarodowe firmy, w przypadku których ostateczne decyzje zapadają nie w Polsce, lecz za granicą. Prawda, ta publikacja nie odstręczyła ich całkowicie od zaangażowania się w obligacyjny program naszej spółki, niemniej wzmogła – rzekłbym – inwestycyjną powściągliwość. Sprawą zajmą się prawnicy.
Grzech niekompetencji w zarządzaniu spółką zarzucił też jej menedżerom na łamach „Dziennika” Jerzy Markowski.
- Bardzo szanuję opinie prawdziwych – podkreślam – ekspertów, za którymi stoją realne dokonania. Nawet wtedy, jeśli ich wymowa jest dla nas niewygodna. A ten pan zdążył już nas przyzwyczaić do swoich wypowiedzi i komentarzy. Wygłaszana je niekoniecznie opierając się na znajomości realiów firm, które ocenia. Wygląda na to, że chce zaistnieć w mediach. Czasami aż strach otworzyć lodówkę, bo a nuż na kartonie z mlekiem też będzie jego zdjęcie i opinia. Przedstawia się jako budowniczy kopalni „Budryk”, ale zapomina, że dług tej kopalni z tytułu inwestycji wynosił ponad miliard złotych. Gdyby nie postępowanie układowe z wierzycielami i redukcja zadłużenia o 70 procent, to „Budryk” byłby bankrutem. Ba, podobno to nie jedyna kopalnia, którą miał budować. Swego czasu obwieszczał wszem i wobec, że takie zakłady będzie wznosić w Ameryce Południowej. Zapowiadał też, że z ramienia Unii Europejskiej będzie wspierał ukraińskie górnictwo. Obwieszczał, zapowiadał – i na tym się skończyło. Był wiceministrem odpowiedzialnym za polskie górnictwo. Rozporządzał potężnymi pieniędzmi przeznaczonymi dla branży – 1,2 miliarda zł. I co? Gdyby je wtedy dobrze pod jego kierunkiem wykorzystano, nie byłoby wielu problemów, które dziś dołują nasz sektor. Kompetencje tego pana ocenili wyborcy, którzy w latach 2005 i 2007 nie obdarzyli go zaufaniem w wyborach parlamentarnych. A w tym roku nie pomogło mu nawet pierwsze miejsce na liście do europarlamentu. O sukcesach byłego ministra i senatora w prywatnym biznesie też jakoś nie słychać.