fot: Jerzy Chromik
- Gołąb jest jak dobra, rozumna żona albo jak kochane dziecko. Kontakt z nimi neutralizuje wszelkie napięcie – opowiada Jerzy Hain
fot: Jerzy Chromik
Jerzy Hain lubuje się w dwojakiego rodzaju muzyce. Codziennie wsłuchuje się w furkot skrzydeł, wzbijających się do lotu gołębi. Natomiast osobiste wzruszenia wyraża saksofonowymi improwizacjami.
Mikołowski hodowca żartobliwie sparafrazował pieśń poranną Franciszka Karpińskiego. Nie daje się prosić o wykonanie tej jutrzni gołębiarzy.
Kiedy ranne wstają zorze,
Wstają z łóżek gołębiorze.
Wstawaj Stachu, wstawaj Lachu,
Jakiś cudzy jest na dachu.
– Ojciec chciał, żebym został pszczelarzem. Wujek był bartnikiem, miał dużą pasiekę. Tata zabrał mnie do niego, licząc, że zaszczepi we mnie chodzenie koło pszczół. Ale cóż – kuzyn był hodowcą gołębi. Raz zabrał mnie do gołębnika – i to był koniec. Wpadłem na amen. Zleciał szmat czasu i ta miłość do gołębi nie stygnie. Od 52 lat jestem członkiem Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, już 23. rok prezesuję naszemu Oddziałowi – wspomina mikołowski hodowca.
Zamiast więc podbierać pszczołom miód, Jerzy Hain zdecydował się fedrować węgiel. Był strzałowym i przez 17 lat górnikiem przodowym w kopalni „Bolesław Śmiały”. – Bozia dała tyle szczęścia i zdrowia, że przerobiłem pełne 25 lat. Teraz idzie już 25. rok, odkąd jestem na emeryturze – opowiada.
Jak kochane dziecko
Gołębie, to jego życiowa pasja. – Hodowcą gołębi i muzykiem trzeba się urodzić. Reszta pospólstwa sama przychodzi na świat – przekonuje, zawsze skory do śmiechu, 68-letni Jerzy Hain.
– O hodowli pocztowych czempionów, ich krzyżowaniu, diecie, lotach, trzeba by rozmawiać tygodniami. Gołąb jest jak dobra, rozumna żona albo jak kochane dziecko. Kontakt z nimi neutralizuje wszelkie napięcie. Kiedy go widzisz na horyzoncie, kiedy obserwujesz jak pikuje, to człowiekowi skacze ciśnienie, napływa adrenalina... – opowiada.
W gołębniku mikołowskiego hodowcy grucha przeszło setka wyczynowej arystokracji.
– Nie sprzedaję swoich gołębi. Dlaczego? Chcę jeszcze trochę pożyć. A z gołębiami to troszeczkę tak, jak z rasowymi końmi. Nie ma w świecie takiego specjalisty, który mógłby powiedzieć: to jest ptak doskonały, który zrobi wynik. Tylko początkujący hodowca będzie się przechwalał, jakiego to ma czempiona. Figa z makiem. Koło gołębi trzeba chodzić latami, krzyżować, próbować, ustawicznie kontynuować – podkreśla.
Saksofon w dłoniach
Jerzy Hain wpatruje się we mnie, odgadując, czy został dobrze zrozumiany. I z gołębi przeskakuje do innej pasji – muzyki. A że nie ma akurat pod ręką saksofonu, zwija dłonie, przytyka do ust i... pokój rozbrzmiewa wariacjami z Poematu Zdenka Fibicha!
– Raz zagrasz po mistrzowsku, drugi raz już nie. Nie ma na świecie dwóch jednakowych ludzi, głosów, idealnie powtórzonych utworów. Nawet w technice nie zdarzają się dwie identyczne rzeczy i stąd pojęcie tolerancji. Podobnie z gołębiami – Jerzy Hain śmieje się z wrażenia, jakie wywołał grą na dłoniach.
O mistrzostwie jego hodowli zaświadcza niebywale bogata kolekcja pucharów i medali, zdobytych przez skrzydlatych czempionów Jerzego Haina.
– Bruksela, Magdeburg, Świnoujście, Głogów, Heide... W ostatniej z miejscowości mój gołąb został puszczony o szóstej rano. Do Mikołowa miał 700 km. W gołębniku „odbił się” o 13.30 – cieszy się osiągnięciami swoich maratończyków.
Dieta pełnoziarnista
Takie sukcesy nie są przypadkowe. Oprócz doskonalenia hodowli, trzeba dbać o zdrowie i właściwą dietę skrzydlatych sportowców.
– Wyznaję zasadę, że jak tracisz konia, to poświęć i wóz. Trudno żebym oszczędzał na moich ulubieńcach. Najważniejsze jest karmienie – podkreśla hodowca.
W gołębniku sąsiadują więc koło siebie worki z ziarnem pszenicy, jęczmienia, kukurydzy, peluszki, wyki, sorgo... Obok apteczka z rozmaitymi specyfikami. Na każdy dzień tygodnia, ba, nawet porę dnia, hodowca komponuje inne zestawy.
– Gołębiowi wyczerpanemu po locie trzeba uzupełnić węglowodany i tłuszcze. W środę rano – dieta zwykła, ale wieczorem – już mieszanka wyczynowa. Lotowa także w czwartek i piątek – odkrywa nieco tajniki żywienia pocztowych sportowców.
Takie dzienne menu mieści się w dwóch łyżkach. Całe stadko zjada więc 200 łyżek. Na pytanie, ile kosztują go te specjały, nie doczekałem się odpowiedzi. Moją ciekawość zbywa kolejną muzyczną improwizacją. Cóż, muzykiem też się urodził.
Blazy na palcach
– Dziadek grał na klarnecie i harmonii. Już jako dziecko z zaciekawieniem zaglądałem w jego instrument. Starsza siostra, nauczycielka, grała na akordeonie, fortepianie i na skrzypcach. Ja upodobałem sobie saksofon. Miałem takiego bzika, że trzymałem instrument koło łóżka. Bywało, że o drugiej w nocy coś zagrało mi w duszy i głowie.
Sięgałem po saksofon i natychmiast musiałem wygrać cały interwał. A że, podobnie jak w hodowli, tandety nie znoszę, więc ćwiczyłem, aż mi blazy na palcach wyszły – ze śmiechem wspomina to dążenie do doskonałości.
Bywało, że ćwiczył z kolegami z kopalni na próbach, ale w orkiestrze „Bolesława Śmiałego” nie grywał. – Grałem dla siebie. Kiedy zeszło się nas więcej – dawaliśmy z siostrą koncert domownikom. Z wiekiem rzadziej sięgam już po saksofon – wyznaje.