Swoją przygodę z boksem Krzysztof Kowalski, jeszcze jako uczeń najstarszej klasy podstawówki, rozpoczął w Górniku Wesoła. – Nie, nie potrafię wyjaśnić, dlaczego upodobałem sobie akurat tę dyscyplinę sportu. Nie przypominam też sobie, żebym był wtedy jakimś szkolnym zabijaką – śmieje się.
Ze szkoły do „Wesołej”
Dalsze sportowe koleje losu młodego mysłowiczanina też nie układały się w jakiś utrwalony w obiegowych wyobrażeniach scenariusz dochodzenia do czempionatu. Ot, nauka blacharstwa w szkole samochodowej, potem ogólniak. Wreszcie... kopalnia.
– Tata całe życie, do emerytury, przepracował w kopalni „Wesoła”. Kiedy po ukończeniu szkoły rozglądałem się za jakimś zajęciem, nie było specjalnego wyboru. Koniec końców i ja trafiłem więc do kopalni – wspomina.
Od trzech lat Krzysztof Kowalski dzień w dzień zjeżdża na poranną dniówkę ślusarza w odstawie głównej. Ale nie zerwał też z boksem. Po rozmaitych zawirowaniach, jakie przeszedł dawny Górnik, od 2,5 roku trenuje tę dyscyplinę w barwach MOSiR-u Mysłowice, albo inaczej, tutejszego „Szoguna”. Cały czas pod okiem Józefa Maczugi.
Harówka w odstawie
– Mam żonę i dwie córeczki. Z „amatorki” nie da się utrzymać rodziny. Natomiast łączenie pracy pod ziemią z boksem to naprawdę ciężkie wyzwanie. Wracam z dniówki, jem obiad i – zanim jeszcze jako tako poukłada się w żołądku – gnam na trening. I kolejna dawka harówki. Kiedy przed osiemnastą wracam do domu, jestem naprawdę wykończony. W weekendy też nie zawsze da się odetchnąć, bo na ogół wypadają zawody – zwierza się z bokserskiej codzienności 26-letni zawodnik. Przyznaje, że wielokrotnie chodziło mu po głowie, żeby rzucić tę mordęgę.
– Mimo wszystko nie pasuję. Wciąż jakoś ciągnie mnie na ring – rozkłada ręce.
Z „Szoguna” do Euroligi
W grudniu Krzysztof Kowalski wygrał XXVIII Międzynarodowy Turniej „O Złotą Rękawicę Wisły”. W finale wagi do 81 jednogłośnie na punkty zwyciężył Armeńczyka, Artura Azariana. Jednocześnie został uznany za najlepszego zawodnika wagi półciężkiej ze Śląska. Miesiąc wcześniej doskonale wypadł też w meczu Polska – Niemcy w Hamm, remisując w finale z Rosjaninem z niemieckim paszportem. W Grand Prix Polski przed trzema tygodniami wygrał w II rundzie z Damianem Małasem, zajmującym w półciężkiej drugie miejsce.
– Po tych sukcesach otwarła się przede mną furtka do ruszającej Euroligi. W niedzielę będę walczył w meczu Polska – Węgry. Później odbędą się spotkania z Austrią, Czechami, Słowacją... Ale żeby utrzymać się w drużynie, trzeba być naprawdę mocnym. Wierzę, że dobrze mi pójdzie – mówi mysłowicki bokser.
Wprawdzie spośród 21 seniorskich walk Krzysztof Kowalski zdecydowaną większość wygrał, niemniej bywało też inaczej.
– Na mistrzostwach Polski wylosowałem „grupę śmierci”. Pierwsza walka z wicemistrzem sprzed roku. Wygrywam 20:9. Super. Trwa druga z równie utytułowanym przeciwnikiem. Sędzia krzyczy „stop”, a rywal – puk mnie na wątrobę. Ringowy mnie wyliczył, odesłał do narożnika i konsultuje się z punktowymi. Byłem święcie przekonany, że rywal zostanie zdyskwalifikowany. Tymczasem sędzia mówi – rsc przed czasem. Oczywiście, zamieszanie i gwizdy widowni niczego nie mogły już zmienić – wspomina.
Pokusa i ryzyko
Kowalskiemu chodzi po głowie zawodowstwo. Wprawdzie, jeszcze jako junior, w strefowych mistrzostwach Polski przegrał walkę z Damianem Jonakiem (dziś zawodowym młodzieżowym mistrzem świata WBC), ale pozostali przyjaciółmi. O blaskach i cieniach zawodowego boksu rozmawiali podczas ostatniej Barbórki w „Mysłowicach-Wesołej”.
– W „amatorce” nie ma pieniążków. Natomiast zawodowstwo, to wielka pokusa, ale też wielkie ryzyko. Trudno je podjąć, kiedy jest się odpowiedzialnym za rodzinę – ujawnia swoje rozterki co do ewentualnej dalszej kariery na ringu.
Trudno tym bardziej, że zdecydowaną przeciwniczką przejścia na zawodowstwo i boksu w ogóle jest jego żona. – Żona nie pali się do tego, by jeździć na zawody. Prawdę powiedziawszy nie chciałbym, aby była na widowni, kiedy staję w ringu. Jej obecność byłaby dla mnie dodatkowym stresem...
Najpierw wydobywano węgiel, potem założono park
Rezerwat „Segiet”, Suchogórski Labirynt Skalny, Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy „Żabie Doły” czy Park Miejski im. hm. Franciszka Kachla. Co łączy te cenne obszary przyrodnicze w Bytomiu? Każdy z nich powstał na terenach, gdzie wydobywano ważne dla gospodarki surowce mineralne.