W ringu szuka adrenaliny

Krzysztof Kowalski twierdzi, że w ringu szuka adrenaliny. – Kopałem piłkę, trochę poszalałem na ścigaczu, ale ani boisko, ani szybki motor nie były dość ekscytujące. Owszem, boks jest bardzo bezpośrednim, brutalnym sportem. Swoje trzeba przyjąć i trochę dostajesz po głowie. Kiedy w Turnieju „O Złotą Rękawicę Wisły” ciężko znokautowałem jednego z rywali, to aż mi go było żal. Ale w boksie tak to już jest: albo ja jego, albo on mnie. Przesądza moment dekoncentracji, sekunda nieuwagi – wyjaśnia ringowe niuanse.

Swoją przygodę z boksem Krzysztof Kowalski, jeszcze jako uczeń najstarszej klasy podstawówki, rozpoczął w Górniku Wesoła. – Nie, nie potrafię wyjaśnić, dlaczego upodobałem sobie akurat tę dyscyplinę sportu. Nie przypominam też sobie, żebym był wtedy jakimś szkolnym zabijaką – śmieje się.

Ze szkoły do „Wesołej”

Dalsze sportowe koleje losu młodego mysłowiczanina też nie układały się w jakiś utrwalony w obiegowych wyobrażeniach scenariusz dochodzenia do czempionatu. Ot, nauka blacharstwa w szkole samochodowej, potem ogólniak. Wreszcie... kopalnia.

– Tata całe życie, do emerytury, przepracował w kopalni „Wesoła”. Kiedy po ukończeniu szkoły rozglądałem się za jakimś zajęciem, nie było specjalnego wyboru. Koniec końców i ja trafiłem więc do kopalni – wspomina.

Od trzech lat Krzysztof Kowalski dzień w dzień zjeżdża na poranną dniówkę ślusarza w odstawie głównej. Ale nie zerwał też z boksem. Po rozmaitych zawirowaniach, jakie przeszedł dawny Górnik, od 2,5 roku trenuje tę dyscyplinę w barwach MOSiR-u Mysłowice, albo inaczej, tutejszego „Szoguna”. Cały czas pod okiem Józefa Maczugi.

Harówka w odstawie

– Mam żonę i dwie córeczki. Z „amatorki” nie da się utrzymać rodziny. Natomiast łączenie pracy pod ziemią z boksem to naprawdę ciężkie wyzwanie. Wracam z dniówki, jem obiad i – zanim jeszcze jako tako poukłada się w żołądku – gnam na trening. I kolejna dawka harówki. Kiedy przed osiemnastą wracam do domu, jestem naprawdę wykończony. W weekendy też nie zawsze da się odetchnąć, bo na ogół wypadają zawody – zwierza się z bokserskiej codzienności 26-letni zawodnik. Przyznaje, że wielokrotnie chodziło mu po głowie, żeby rzucić tę mordęgę.
– Mimo wszystko nie pasuję. Wciąż jakoś ciągnie mnie na ring – rozkłada ręce.

Z „Szoguna” do Euroligi

W grudniu Krzysztof Kowalski wygrał XXVIII Międzynarodowy Turniej „O Złotą Rękawicę Wisły”. W finale wagi do 81 jednogłośnie na punkty zwyciężył Armeńczyka, Artura Azariana. Jednocześnie został uznany za najlepszego zawodnika wagi półciężkiej ze Śląska. Miesiąc wcześniej doskonale wypadł też w meczu Polska – Niemcy w Hamm, remisując w finale z Rosjaninem z niemieckim paszportem. W Grand Prix Polski przed trzema tygodniami wygrał w II rundzie z Damianem Małasem, zajmującym w półciężkiej drugie miejsce.

– Po tych sukcesach otwarła się przede mną furtka do ruszającej Euroligi. W niedzielę będę walczył w meczu Polska – Węgry. Później odbędą się spotkania z Austrią, Czechami, Słowacją... Ale żeby utrzymać się w drużynie, trzeba być naprawdę mocnym. Wierzę, że dobrze mi pójdzie – mówi mysłowicki bokser.

Wprawdzie spośród 21 seniorskich walk Krzysztof Kowalski zdecydowaną większość wygrał, niemniej bywało też inaczej.

– Na mistrzostwach Polski wylosowałem „grupę śmierci”. Pierwsza walka z wicemistrzem sprzed roku. Wygrywam 20:9. Super. Trwa druga z równie utytułowanym przeciwnikiem. Sędzia krzyczy „stop”, a rywal – puk mnie na wątrobę. Ringowy mnie wyliczył, odesłał do narożnika i konsultuje się z punktowymi. Byłem święcie przekonany, że rywal zostanie zdyskwalifikowany. Tymczasem sędzia mówi – rsc przed czasem. Oczywiście, zamieszanie i gwizdy widowni niczego nie mogły już zmienić – wspomina.

Pokusa i ryzyko

Kowalskiemu chodzi po głowie zawodowstwo. Wprawdzie, jeszcze jako junior, w strefowych mistrzostwach Polski przegrał walkę z Damianem Jonakiem (dziś zawodowym młodzieżowym mistrzem świata WBC), ale pozostali przyjaciółmi. O blaskach i cieniach zawodowego boksu rozmawiali podczas ostatniej Barbórki w „Mysłowicach-Wesołej”.

– W „amatorce” nie ma pieniążków. Natomiast zawodowstwo, to wielka pokusa, ale też wielkie ryzyko. Trudno je podjąć, kiedy jest się odpowiedzialnym za rodzinę – ujawnia swoje rozterki co do ewentualnej dalszej kariery na ringu.

Trudno tym bardziej, że zdecydowaną przeciwniczką przejścia na zawodowstwo i boksu w ogóle jest jego żona. – Żona nie pali się do tego, by jeździć na zawody. Prawdę powiedziawszy nie chciałbym, aby była na widowni, kiedy staję w ringu. Jej obecność byłaby dla mnie dodatkowym stresem...

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Emigranci za chlebem. Niezwykłe losy polskich górników we francuskich kopalniach

Trudno dzisiaj oszacować, ilu Ślązaków i Zagłębiaków wyjechało przed drugą wojną światową do pracy we Francji. Ich ciekawe historie warte są zachowania.

Letnie święto na Nikiszu. Odpust u Babci Anny

Tegoroczny Jarmark u Babci Anny odbędzie się w niedzielę, 26 lipca. Jak zwykle będzie towarzyszył odpustowi w parafii św. Anny w katowickim Nikiszowcu.

W głębi ziemi i serc – wspomnienie św. Kingi. Górnicy solni uczcili swoją patronkę

24 lipca, w dniu liturgicznego wspomnienia św. Kingi – patronki górników solnych – w niezwykłej scenerii Kaplicy św. Kingi, położonej 101 metrów pod ziemią, odprawiona została uroczysta Msza Święta. Jak co roku podziemna świątynia zgromadziła tych, którzy od pokoleń powierzają swojej Patronce trud codziennej pracy, bezpieczeństwo kopalni oraz pomyślność całej wielickiej społeczności.

Carbotech w Łaźni Moszczenica. Elektroniczne brzmienia w industrialnej przestrzeni

Jastrzębie-Zdrój zyska nowe wydarzenie na kulturalnej mapie miasta. W sobotę, 1 sierpnia 2026 r., w Łaźni Moszczenica odbędzie się pierwsza edycja Carbotech — imprezy łączącej surową, pokopalnianą przestrzeń z muzyką elektroniczną.