W Halembie nikt nie kontrolował robót
- Mamy dowody, że nie kontrolowano postępów prowadzonych przez nich podziemnych prac, ich zgodności z przyjętym projektem, zabezpieczeń czy też nawet stanu atmosfery pod ziemią - ujawnił wczoraj prokurator Michał Szułczyński, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.
Według śledczych po katastrofie Leon G., kierownik robót firmy Mard, oraz pracujący tam nadsztygar Andrzej L. sfałszowali raporty, z których wynikało, że sumiennie przeprowadzali kontrole robót. Tak naprawdę wcale nie zjeżdżali na dół. Wczoraj przedstawiono im zarzuty poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Grozi im za to kara do 5 lat więzienia. Nieoficjalnie wiadomo, że częściowo przyznali się do winy – napisała „Gazeta Wyborcza”.
Problemy ma także Franciszek S., były nadsztygar z kopalni Halemba. Mężczyzna miał pośredniczyć w ustawianiu przetargu na roboty na poziomie 1030. Zdaniem prokuratury firma Mard wygrała przetarg, bo sama przygotowała znacznie gorszą ofertę konkurencyjnej firmy. Nadsztygar S. miał pośredniczyć w przekazywaniu spreparowanej dokumentacji. Prokuratura przedstawiła mu zarzuty składania fałszywych zeznań. Mężczyzna przyznał się do winy, jeszcze w tym miesiącu jego sprawa trafi do sądu. To będzie pierwszy akt oskarżenia dotyczący katastrofy w kopalni Halemba.
Prokuratura i WUG ustaliły, że górnicy nie musieli zginąć. Przełożeni zmuszali ich jednak do pracy mimo podwyższonego stężenia metanu. Nie pozwolili przerywać prac także wtedy, gdy czujniki wybijały prąd. W takiej sytuacji nawet niewielka iskra mogła zamienić podziemny chodnik w piekło. Zarzuty w tej sprawie przedstawiono już głównemu inżynierowi kopalni (ciągle jest aresztowany), kilku sztygarom i nadsztygarom, inspektorom BHP, a także szefowi firmy Mard.