fot: ARC
Trzej biegacze z kopalni „Wieczorek” na początku maja wspólnie chcą wystartować w Katowickim Maratonie Silesia
fot: ARC
Najdłużej biega Mikołajczyk. W gruncie rzeczy można by powiedzieć, że to upodobanie wypełnia całe jego dotychczasowe życie.
– Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się już w szkole podstawowej. Predyspozycje do uprawiania tego sportu odkrył we mnie mój nauczyciel wf. Zabierał mnie na szkolne zawody, w których na ogół stawałem lub ocierałem się o podium. Bywałem zauważany, miewałem propozycje ze śląskich klubów, ale koniec końców nigdy nie występowałem zawodniczo w jakichkolwiek barwach – wspomina dołowy elektryk z „Wieczorka”.
Od chodzenia do biegania
Marzeniem Cichonia, mimo że wywodzi się z Piekar Śląskich, był dom w górach. To pragnienie urzeczywistnił, stawiając go w Lipowej koło Żywca. Nie narzeka więc na uciążliwość codziennego przemierzania takiego szmatu drogi do pracy w kopalni.
– W tym marzeniu – zapewniam – nie było jakichkolwiek snobistycznych ciągot. Po prostu kochałem góry i zawsze lubiłem po nich chodzić. A skoro tak, to najlepiej było tu osiąść – wyjaśnia główny bodziec do tej prywatnej inwestycji.
W jego przypadku „chodzenie” oznaczało nie jakieś poobiednie spacery, lecz dłuższe wyprawy po 20-30 km.
– Podczas jednego z takich forsownych, górskich marszów na bielską Magórkę natknąłem się na biegaczy. Uznałem, że i dla mnie taki wysiłek jest osiągalny. Od tego się zaczęło – relacjonuje te początki Cichoń.
– Będąc w szkole średniej, w ogóle nie lubiłem biegać. Wolałem rower, narty, rolki, łyżwy. Wiedząc, że lubię się ruszać, koledzy zaproponowali mi bieganie – opowiada Gansiniec.
Dlaczego po górach?
– Dlatego, bo jest inaczej. Od płaskiego terenu odstręcza nas monotonia. Natomiast w górach raz ledwo-ledwo z największym wysiłkiem truchtasz na wzniesienie, by zaraz potem spadać w dół na złamanie karku. Pamiętam jeden z takich biegów na górę Żar. Lało jak diabli. Mokra trawa zamieniła się w prawdziwe „lodowisko”. Co drugi szorował w dół na brzuchu. Na mecie byliśmy uciorani w błocie po czubki głów, niczym w biegu katorżników – relacjonuje Cichoń.
– Przy tym góry – oprócz tego, że wytyczone po nich trasy są bardziej urozmaicone i wymagające – to koloryt, to zapach lasu, to śpiew ptaków, to przebiegające drogę sarny lub zające. Dlatego biegnąc, uciekasz zarazem od codzienności, od łączących się z nią zgryzot – dodaje.
Walka z własną słabością
– Biega się po to, aby rywalizować, aby porównywać się z kimś, kto jest obok ciebie. Ale jeszcze ważniejsza jest walka z samym sobą, porównywanie własnych postępów, nie miejsca na mecie – przekonuje Mikołajczyk.
Jako najatrakcyjniejszy pod każdym względem bieg życia wspomina ten, rozpoczynający się na zakopiańskich Krupówkach – poprzez szczyt Nosala, Kuźnice, Kasprowy – na Kalatówki.
– Był to bieg niesamowicie wyczerpujący, ale też niesamowicie piękny – zapewnia elektryk z „Wieczorka”.
O tym, że zwycięstwa nad własną słabością liczą się w tym bieganiu bardziej od zajmowanych miejsc na mecie, świadczą nie tylko indywidualne wspomnienia lecz również koleżeńskie przekomarzania.
– Na Kasprowy przyleciałem ostatni. Jednak poczułem się jak prawdziwa „gwiazda” biegu. Nikt przede mną nie wzbudził takiej sympatii, przejawiającej się rzęsistymi brawami kibiców. I to jest chyba w tym wszystkim najfajniejsze. Już masz wszystkiego dość, wydaje ci się, że spasujesz, po czym widzisz napis „meta” i dostajesz takiego kopa, że mógłbyś lecieć dalej – śmieje się Ireneusz Gansiniec.
Cała trójka już szykuje się na marcowy półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego. – Tam już nie będziesz przed nami. Ta twoja przewaga wreszcie się skończy – zgodnie odgrażają się, najwytrawniejszemu biegaczowi z koleżeńskiej paczki, Cichoń i Gansiniec.
Wyzwanie: klasyczny maraton
W tej przyjacielskiej ekipie obiegli już Beskidy, Pieniny, Tatry. Skrzykują się poprzez internetową stronę „maratony polskie”, zawierającą kalendarz wszystkich długodystansowych biegów w naszym kraju.
Cała trójka aspiruje do zmierzenia się z pełnym, klasycznym maratonem. Najchętniej z tych masowych: warszawskim czy poznańskim. – Liczba uczestników buduje atmosferę biegu. Im więcej zawodników, tym więcej adrenaliny – tłumaczy Romuald Cichoń.
Na początku maja wspólnie zamierzają wystartować w Katowickim Maratonie Silesia.
– Każdy bieg, gdziekolwiek nie startujemy, to zazwyczaj nowy rekord frekwencji. Biegają strażacy, nauczyciele, lekarze, górnicy i ludzie wielu innych zawodów. Ostatnio na mecie wyprzedził mnie gość z rocznika 1939. I bardzo dobrze, bo przecież chodzi o tę szczególną atmosferę, o spotkanie ludzi różnych zawodów i z rozmaitych środowisk. Szkoda tylko, że rzadko widuje się ludzi młodych – żałuje Romuald Cichoń.