Ucieczka od monotonii życia

Biegacze ARC

fot: ARC

Trzej biegacze z kopalni „Wieczorek” na początku maja wspólnie chcą wystartować w Katowickim Maratonie Silesia

fot: ARC

Czterdzieści lat minęło... Minęło Romualdowi Mikołajczykowi (47 lat) i Romualdowi Cichoniowi (45 lat). Czterdziestki dobiega Ireneusz Gansiniec. Są paczką przyjaciół. Łączą ich nie tylko śląskie korzenie i praca w kopalni „Wieczorek”. Całą trójkę pasjonuje bieganie długich dystansów. Najchętniej po górach, jako bardziej wymagające.

Najdłużej biega Mikołajczyk. W gruncie rzeczy można by powiedzieć, że to upodobanie wypełnia całe jego dotychczasowe życie.

– Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się już w szkole podstawowej. Predyspozycje do uprawiania tego sportu odkrył we mnie mój nauczyciel wf. Zabierał mnie na szkolne zawody, w których na ogół stawałem lub ocierałem się o podium. Bywałem zauważany, miewałem propozycje ze śląskich klubów, ale koniec końców nigdy nie występowałem zawodniczo w jakichkolwiek barwach – wspomina dołowy elektryk z „Wieczorka”.

Od chodzenia do biegania

Marzeniem Cichonia, mimo że wywodzi się z Piekar Śląskich, był dom w górach. To pragnienie urzeczywistnił, stawiając go w Lipowej koło Żywca. Nie narzeka więc na uciążliwość codziennego przemierzania takiego szmatu drogi do pracy w kopalni.

– W tym marzeniu – zapewniam – nie było jakichkolwiek snobistycznych ciągot. Po prostu kochałem góry i zawsze lubiłem po nich chodzić. A skoro tak, to najlepiej było tu osiąść – wyjaśnia główny bodziec do tej prywatnej inwestycji.

W jego przypadku „chodzenie” oznaczało nie jakieś poobiednie spacery, lecz dłuższe wyprawy po 20-30 km.

– Podczas jednego z takich forsownych, górskich marszów na bielską Magórkę natknąłem się na biegaczy. Uznałem, że i dla mnie taki wysiłek jest osiągalny. Od tego się zaczęło – relacjonuje te początki Cichoń.

– Będąc w szkole średniej, w ogóle nie lubiłem biegać. Wolałem rower, narty, rolki, łyżwy. Wiedząc, że lubię się ruszać, koledzy zaproponowali mi bieganie – opowiada Gansiniec.

Dlaczego po górach?

– Dlatego, bo jest inaczej. Od płaskiego terenu odstręcza nas monotonia. Natomiast w górach raz ledwo-ledwo z największym wysiłkiem truchtasz na wzniesienie, by zaraz potem spadać w dół na złamanie karku. Pamiętam jeden z takich biegów na górę Żar. Lało jak diabli. Mokra trawa zamieniła się w prawdziwe „lodowisko”. Co drugi szorował w dół na brzuchu. Na mecie byliśmy uciorani w błocie po czubki głów, niczym w biegu katorżników – relacjonuje Cichoń.

– Przy tym góry – oprócz tego, że wytyczone po nich trasy są bardziej urozmaicone i wymagające – to koloryt, to zapach lasu, to śpiew ptaków, to przebiegające drogę sarny lub zające. Dlatego biegnąc, uciekasz zarazem od codzienności, od łączących się z nią zgryzot – dodaje.

Walka z własną słabością

– Biega się po to, aby rywalizować, aby porównywać się z kimś, kto jest obok ciebie. Ale jeszcze ważniejsza jest walka z samym sobą, porównywanie własnych postępów, nie miejsca na mecie – przekonuje Mikołajczyk.

Jako najatrakcyjniejszy pod każdym względem bieg życia wspomina ten, rozpoczynający się na zakopiańskich Krupówkach – poprzez szczyt Nosala, Kuźnice, Kasprowy – na Kalatówki.

– Był to bieg niesamowicie wyczerpujący, ale też niesamowicie piękny – zapewnia elektryk z „Wieczorka”.

O tym, że zwycięstwa nad własną słabością liczą się w tym bieganiu bardziej od zajmowanych miejsc na mecie, świadczą nie tylko indywidualne wspomnienia lecz również koleżeńskie przekomarzania.

– Na Kasprowy przyleciałem ostatni. Jednak poczułem się jak prawdziwa „gwiazda” biegu. Nikt przede mną nie wzbudził takiej sympatii, przejawiającej się rzęsistymi brawami kibiców. I to jest chyba w tym wszystkim najfajniejsze. Już masz wszystkiego dość, wydaje ci się, że spasujesz, po czym widzisz napis „meta” i dostajesz takiego kopa, że mógłbyś lecieć dalej – śmieje się Ireneusz Gansiniec.

Cała trójka już szykuje się na marcowy półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego. – Tam już nie będziesz przed nami. Ta twoja przewaga wreszcie się skończy – zgodnie odgrażają się, najwytrawniejszemu biegaczowi z koleżeńskiej paczki, Cichoń i Gansiniec.

Wyzwanie: klasyczny maraton

W tej przyjacielskiej ekipie obiegli już Beskidy, Pieniny, Tatry. Skrzykują się poprzez internetową stronę „maratony polskie”, zawierającą kalendarz wszystkich długodystansowych biegów w naszym kraju.

Cała trójka aspiruje do zmierzenia się z pełnym, klasycznym maratonem. Najchętniej z tych masowych: warszawskim czy poznańskim. – Liczba uczestników buduje atmosferę biegu. Im więcej zawodników, tym więcej adrenaliny – tłumaczy Romuald Cichoń.

Na początku maja wspólnie zamierzają wystartować w Katowickim Maratonie Silesia.

– Każdy bieg, gdziekolwiek nie startujemy, to zazwyczaj nowy rekord frekwencji. Biegają strażacy, nauczyciele, lekarze, górnicy i ludzie wielu innych zawodów. Ostatnio na mecie wyprzedził mnie gość z rocznika 1939. I bardzo dobrze, bo przecież chodzi o tę szczególną atmosferę, o spotkanie ludzi różnych zawodów i z rozmaitych środowisk. Szkoda tylko, że rzadko widuje się ludzi młodych – żałuje Romuald Cichoń.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

W Tatrach wyraźne ożywienie ruchu turystycznego

Obłożenie obiektów noclegowych pod Tatrami na koniec lipca wynosiło średnio ok. 75 proc., a w części hoteli sięgało 100 proc. - powiedział PAP Karol Wagner z Tatrzańskiej Izby Gospodarczej (TIG). Jak ocenił, po spokojnym początku wakacji wyraźne ożywienie nastąpiło od połowy lipca.

Posłuchać muzyki 320 metrów pod ziemią? Będzie można już jesienią

Kolejna edycja koncertu „Muzyka na Poziomie” odbędzie się jesienią w kopalni Guido w Zabrzu.

Książka na weekend: „Czterech zuchwałych”. O amerykańskich żołnierzach walczących w Europie

Brytyjski pisarz Alex Kershaw specjalizuje się w pisaniu, opartych na faktach, książek historycznych dotyczących drugiej wojny światowej. Na księgarskim rynku jest już jego najnowsza pozycja „Czterech zuchwałych”. To świetna opowieść o losach amerykańskich żołnierzy, którzy w czasie drugiej wojny światowej walczyli w północnej Afryce, Włoszech, Francji i w Niemczech.

Propozycja na piątek? Nocna szychta

W ostatnią lipcową noc będzie można się przekonać, jak wygląda Górny Śląsk po zmroku z okien kolei wąskotorowej.