fot: ZPR w Polsce
- Tata kilka razy zabierał mnie na mecze Górnika Zabrze. Ale nie jestem wielkim fanem futbolu - mówi Tomasz Rosiński
fot: ZPR w Polsce
Rozmowa z Tomaszem Rosińskim, rozgrywającym reprezentacji Polski w piłce ręcznej.
Na mistrzostwach Europy wywalczyliście czwarte, najbardziej nielubiane przez sportowców miejsce, ale kibice witali was w Warszawie tak, jakbyście wracali z Austrii ze złotymi medalami.
- Byliśmy bardzo zaskoczeni przyjęciem na Okęciu, a potem wizytą u pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Kibice byli wspaniali, nie tylko zresztą w trakcie powitania, ale także podczas mistrzostw. To dzięki nim, tak dobrze nam szło do półfinałów, zaś podczas powitania nie dali nam odczuć, że zajęliśmy tylko czwarte miejsce. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdybyśmy wywalczyli mistrzostwo Europy. Nasze powitanie trwałoby pewnie tydzień, jak nie dłużej.
Co się stało z biało-czerwonymi po przegranym meczu półfinałowym z Chorwacją? Wyglądało to tak, jakby uszła z was cała energia.
- Islandczycy w pierwszej połowie meczu o brąz zagrali bardzo dobrze taktycznie i mieliśmy problemy ze zdobywaniem bramek. Po przerwie gra się wyrównała, ale już nie daliśmy rady dogonić rywali. Szkoda, że nie udało się zdobyć medalu, to byłby pierwszy, historyczny krążek. Ale nie ma już co rozpaczać, jesteśmy zespołem rozwojowym i na kolejnych imprezach jeszcze zdążymy się odegrać. Szczególnie na Chorwatach i Francuzach, z którymi ostatnio przegrywamy na dużych imprezach.
Początek mistrzostw Europy to było praktycznie show jednego zawodnika, czyli Tomasza Rosińskiego. Nikomu nieznany debiutant zagrał rewelacyjnie w meczach z Niemcami i Szwecją. Ale później było już nieco gorzej. Momentami wyglądało to tak, jakby rywale Pana rozszyfrowali...
- Może rzeczywiście nastawili się na mnie i szczególnie uważali na moje rzuty. To prawda, że drugą część mistrzostw miałem trochę słabszą, ale ogólnie jestem zadowolony ze swojego występu. Przecież to dla mnie była pierwsza wielka impreza w kadrze Bogdana Wenty. Trener mówił mi, że po każdej bramce mam się uśmiechać, cieszyć się ze zdobywanych goli. Tak więc mam co poprawiać (śmiech). Ale nie do śmiechu było mi w meczu z Czechami, w którym doznałem poważnego rozcięcia skóry głowy i lekarz nałożył mi sześć szwów. Ale wytrzymałem ten ból i jeszcze wróciłem na parkiet.
Czy postawił Pan kolegom skrzynkę piwa w trakcie mistrzostw? Zdaje się, że przed meczem ze Szwecją doszło do zakładu, zgodnie z którym miał Pan postawić kolegom tyle skrzynek piwa, ile strzałów obroni szwedzki bramkarz...
- Może najpierw sprostuję, że chodziło o obronę piłki dwoma rękami. Tylko raz szwedzki bramkarz złapał w ten sposób mój rzut i chłopakom postawiłem jedną skrzynkę. Trener Wenta dopilnował, by zakład został zrealizowany i wspólnie napiliśmy się piwa. Dla mnie najważniejsze było to, że strzeliłem w tym meczu 6 bramek. Szwedzi mieli ze mną sporo roboty.
Jest Pan aktualnie zawodnikiem Vive Targi Kielce, ale pierwsze kroki na parkiecie stawiał Pan w Zabrzu. To właśnie na Śląsku kształtowała się pańska kariera, z tym regionem wiążą Pana silne wspomnienia.
- Nasza rodzina pochodzi z Ostrowa Wielkopolskiego, tam się zresztą urodziłem, ale po przeprowadzce do Zabrza związaliśmy się Śląskiem, gdzie spotkałem wielu wspaniałych ludzi. Moim pierwszym klubem była Pogoń Zabrze. Później w miejsce mającej problemy Pogoni powołano nowy klub, czyli Powen. Na Śląsku poznałem też moją żonę, Martę Owczarek, także grającą w piłkę ręczną. Poznaliśmy się, jak grałem w Zabrzu. Pamiętam, że akurat zdawałem maturę. Później Marta była ze mną we Wrocławiu, przyszła do mnie do Kielc, tutaj też grała, a później przeniosła się do Piotrcovii. Oczywiście, jest moim wiernym kibicem.
W śląskich klubach grali także pańscy rodzice, więc można mówić o sportowej rodzinie Rosińskich.
- Mój ojciec był bramkarzem i grał nie tylko w Pogoni Zabrze, ale także w Grunwaldzie Halemba. Z kolei mama była zawodniczką AZS Katowice, grała także w Luksemburgu. W naszej rodzinie mówiło się również o piłce nożnej. Tata kilka razy zabierał mnie na mecze Górnika Zabrze. Ale nie jestem wielkim fanem futbolu, dla mnie zawsze ciekawszy był handball.
Tomasz Rosiński, urodził się 24 lutego 1984 r. w Ostrowie Wielkopolskim. Jest wychowankiem Pogoni Zabrze, później grał w Powenie Zabrze, Śląsku Wrocław, zaś w połowie 2005 r. przeniósł się do Kielc, gdzie reprezentuje barwy mistrza Polski, Vive Targi Kielce. W grudniu 2005 r. Bogdan Wenta po raz pierwszy powołał go do reprezentacji Polski. W 2006 r. wykryto u niego doping. Dwuletnie zawieszenie zostało skrócone i po roku kary mógł wrócić do gry w lidze. Przed zeszłorocznymi mistrzostwami świata w Chorwacji był graczem rezerwowym.