fot: ARC
Grzegorz Gwóźdź miał okazję przetestować swoją terenówkę w warunkach pustynnych
fot: ARC
Choć niemal każdego dnia spotykali się przy wejściu do kopalni, nie mieli pojęcia, że dzielą wspólną pasję, jaką jest zwiedzanie świata samochodami terenowymi. Bliższą znajomość zawarli na internetowym forum...
Okazało się, że prócz zainteresowań, łączy ich również praca w tej samej kopalni Halemba w Rudzie Śląskiej. Psycholog Krzysztof Kruszyński i Grzegorz Gwóźdź, pracownik oddziału maszynowego, myślą w przyszłości o wspólnej wyprawie. Tymczasem obu podróżników zaprosiliśmy do redakcji Trybuny Górniczej, aby opowiedzieli o swych tegorocznych wojażach.
Krzysztof: To była moja pierwsza wyprawa zagraniczna. I chyba nie doszłaby do skutku, gdyby nie syn, Michał. Ruszyliśmy przed siebie niemal całą rodziną. Dlaczego do Rumunii? Bo jest stosunkowo blisko. 700 kilometrów można przejechać w dziesięć godzin i już się jest na miejscu. Wybraliśmy Góry Rodniańskie, najwyższe pasmo górskie Wewnętrznych Karpat Wschodnich, w północnej Rumunii, na granicy Marmaroszu i Siedmiogrodu. Wierzchołki wzniesień są ostre, zbocza strome, a na nich dużo dróg. Wymarzone miejsca do jazdy terenówką.
Grzegorz: Motoryzacją interesowałem się od dziecka. Na porządne auto terenowe trzeba jednak najpierw zarobić. Nadszedł wreszcie czas, gdy kupiłem land rovera. Wprowadziłem kilka poprawek, tu i tam wzmocniłem, no i jazda. Po Rumunii również sporo podróżowałem. Chętnie tam wracam, nawet na kilkudniowe wypady. Udało mi się już objechać sporą część Europy. Na początku roku wpadł mi do głowy pomysł, żeby wyprawić się z żoną i znajomymi do Maroka. Było to poważne wyzwanie.
Krzysztof: W rumuńskich górach można każdego dnia robić nawet stukilometrowe dystanse, ale tylko teoretycznie. Średnia prędkość nie jest zawrotna, około 10 kilometrów na godzinę. Jednak nie o prędkość przecież chodzi. Wokół jest co podziwiać. Przepiękne widoki, wspaniała przyroda. Chyba na zawsze zapamiętam odcinek drogi prowadzący przez gaj akacjowy. Pachniało jak w perfumerii. W górach Rumunii ma się ogromne poczucie swobody, a wędrówka zdaje się nie mieć końca. Trzeba tylko zachować ostrożność. Wąwozy, przepaście, wąskie drogi, często poprzecinane strumykami. Warto dla bezpieczeństwa robić częste przystanki... Raz złapaliśmy głaz pod most napędowy i trzeba było się wycofywać. Dobrze, że obyło się bez usterki samochodu.

Dla Krzysztofa Kruszyńskiego wyprawa do Rumunii była pierwszą poza granice Polski.(fot: ARC)
Grzegorz: Ja miałem mniej szczęścia. W drodze do Maroka, we Francji uszkodzeniu uległa turbina. W takich sytuacjach z pomocą przychodzi... internet. W ciągu dziesięciu minut zakup nowej turbiny był sfinalizowany. Dostawca przywiózł ją na umówione miejsce i po wymianie mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Maroko to ciekawy kraj. Na północy przypomina Europę, im dalej na południe, tym większe zacofanie. Ludzie mieszkają w namiotach, wszędzie bieda i pustynia. Tam przeżyliśmy przygodę mrożącą krew w żyłach. Jechaliśmy w burzy piaskowej. Widoczność była na trzy metry. W pewnej chwili słyszę, jak przez CB radio kolega krzyczy: „Zatrzymaj wóz!”. Natychmiast nadepnąłem hamulec. Samochód zatrzymał się na wydmie, niewiele brakowało, a koziołkowalibyśmy w piachu. Drzwi nie potrafiłem otworzyć, tak wiało.
Krzysztof: Nocowaliśmy pod namiotem. W ciągu dnia zatrzymywaliśmy się w szałasach pasterskich. Gotowaliśmy na ognisku. Bardzo ciekawe były spotkania ze zwierzętami hodowlanymi, które w Rumunii pasą się wolno. Gorzej, gdy wieczorami wracają do domu. Wówczas droga jest nieprzejezdna do momentu, aż całe stado raczy przejść. Raz po raz jakaś krowa z ciekawości wsadzi łeb do samochodu. Wtedy jest wesoło.
Grzegorz: My byliśmy zdani na gościnność tubylców. Na takie wyprawy zabiera się z sobą gadżety, wisiorki, latarki, drobiazgi. Więcej można za nie otrzymać niż za pieniądze. Gdy podjeżdża się do ludzkiego osiedla, od razu podbiega grupa dzieciaków i powstaje niesamowity harmider. Potem wystarczy zamienić kilka słów z gospodarzem i już ma się nocleg w namiocie zamieszkanym przez berberyjską rodzinę. A przy okazji jest i kolacyjka. Marokańska kuchnia opiera się na pieczonym mięsie, zwłaszcza baraninie. Przygody kulinarne wspominamy wyjątkowo dobrze. W sumie przejechaliśmy 10,5 tysiąca kilometrów w trzy tygodnie.