fot: PAP
Ostateczny bilans starć przy manifestacjach kolejarzy i stoczniowców z policją różni się w zależności od tego, kto liczy rannych
fot: PAP
Sześciu związkowców, którzy trafili do szpitala w Nowym Dworze Mazowieckim oraz 13, których przewieziono do szpitala w Warszawie na własną prośbę zostało wypuszczonych do domu. Część rannnych jedzie na dodatkowe badania do Akademii Medycznej w Gdańsku.
- Policja użyła najłagodniejszych środków, chcąc spacyfikować demonstrantów. A problemy ze zdrowiem to nie efekt działania policyjnego gazu, ale chemikaliów z palonych przez związkowców opon - zapewniał w TVN24 Marcin Szyndler. Protestujący zarzucają policji użycie gazu bojowego.
Podczas demonstracji związkowcy próbowali sforsować bariery oddzielające manifestację, by przedostać się pod Pałac Kultury i Nauki. Jeden z protestujących dostał ataku padaczki. Ratownicy medyczni pojawili się przy nim dopiero po kilkunastu minutach. Związkowcy mówią o 32 rannych stoczniowcach, którym na miejscu karetki udzieliły pomocy.
Ranni także postronni
Ostateczny bilans starć różni się w zależności od tego, kto liczy rannych. Według Marcina Szyndlera pomocy medycznej udzielono 5 funkcjonariuszom. - Jeden z policjantów został poważnie ranny w głowę - dodaje. Do szpitala trafił także mężczyzna z objawami padaczki.
W zamieszkach ucierpieli nie tylko policjanci i stoczniowcy. Ranny został również przynajmniej jeden przechodzień. - Wyszedłem z pracy i po przejściu może 30 metrów dostałem gazem. Związkowcy zabrali mnie stamtąd - mówił TVN24.
Ostre starcia
Wcześniej reporter TVN24 Marek Osiecimski, który był w centrum wydarzeń, informował, że policjanci zareagowali bardzo zdecydowanie. Funkcjonariusze za wszelką cenę próbowali nie dopuścić, by protestujący stoczniowcy przedarli się pod Pałac Kultury i Nauki, gdzie trwa kongres Europejskiej Partii Ludowej. Jednak swój efekt w pewnym sensie osiągnęli, bo zwrócili na siebie uwagę polityków, którzy obecni są na kongresie Europejskiej Partii Ludowej. Po tym jak usłyszeli huki petard gremialnie wyszli przed PKiN i z odległości kilkuset metrów obserwowali akcję policji.
A ta miała bardzo gwałtowny przebieg. Najpierw uderzyli stoczniowcy, którzy po spaleniu kukły premiera próbowali wedrzeć się w pobliże Pałacu. Policja odpowiedział siłą. Przeciwko protestującym użyła pałek i gazu łzawiącego. Wielu związkowców z trudem łapało oddech. Jeden z nich, jak podaje Polska Agencja Prasowa, dostał ataku padaczki. Pomoc została mu udzielona dopiero po kilkunastu minutach, bo na miejscu nie było żadnej karetki. Niemalże w tym samym momencie, gdy przy mężczyźnie pojawili się ratownicy, z pomocą pospieszył też poseł PiS Jacek Kurski, który był na miejscu (wcześniej politycy PO zarzucali, że to właśnie PiS zorganizowała demonstrację).
Wkrótce związkowcy zaczęli wycofywać się sprzed PKiN i wrócili do autokarów.
Manifestacja związkowców NSZZ \"Solidarność\" Stoczni Gdańskiej rozpoczęła się przed przed stołecznym Pałacem Kultury i Nauki o godzinie 17. Stoczniowcy domagają się od rządu bardziej stanowczych działań związanych z ich zakładam, zwłaszcza, że Komisja Europejska znów zaczęła mieć zastrzeżenia do planu jego restrukturyzacji.
\"O stoczni rozmawiałem z pięcioma waszymi premierami\"
Pytania KE dotyczą głównie dodatkowej pomocy publicznej, wykorzystania pieniędzy na inwestycje, a także szczegółowego harmonogramu zamykania pochylni przez jej właściciela - spółkę ISD. - Jest źle - coraz więcej ludzi jest zwalnianych. Jeśli od nas żąda się zamknięcia pochylni... Co to za stocznia, która nie ma pochylni? - pytali retorycznie związkowcy jadący do Warszawy.
Resort skarbu przesłał pod koniec lutego KE odpowiedzi na jej pytania w sprawie restrukturyzacji. Jeśli jednak Bruksela odrzuci program, stoczni Gdańsk grozi bankructwo.
Zanim do Warszawy przyjechali stoczniowcy, swoje niezadowolenie od rana do godziny 14. na ulicach miasta wyrażali kolejarze.
Ich przemarsz zorganizowały Federacja Związków Zawodowych Pracowników PKP, Sekcja Krajowa Kolejarzy NSZZ \"Solidarność\" oraz Konfederacja Kolejowych Związków Zawodowych. Związkowcy domagali się, by rząd wspomógł kolej (szczególnie przewozy towarowe) i zapobiegł grupowym zwolnieniom.
Sprzed zlokalizowanego w Pałacu Kultury i Nauki Muzeum Techniki związkowcy przeszli przed gmach Ministerstwa Infrastruktury przy ul. Chałubińskiego. W centrum miasta tworzyły się korki. Samochody były kierowane na objazdy. Czasowo wstrzymany został także ruch tramwajów.
Ponad dwa tysiące demonstrujących skandowało przed gmachem resortu: \"Kolej z rządem się rozliczy\". Mieli transparenty: \"Pracy i godnej płacy\", \"Dość eksperymentów na kolejarzach\". Przed budynkiem ministerstwa związkowcy palili świece dymne.
Do protestujących wyszedł wiceszef resortu infrastruktury Juliusz Engelhardt i sam minister Cezary Grabarczyk, któremu związkowcy wręczyli petycję z postulatami, adresowaną do premiera Donalda Tuska. Przewodniczący Konfederacji Kolejowych Związków Zawodowych Leszek Miętek powiedział podczas manifestacji, że \"kolejne rządy niszczyły polską kolej\". - Dziś stanęła ona na krawędzi - mówi.