Stalowym rumakiem po bezdrożach Kanady

fot: ARC

Do Kanady Wojciech Zambrzycki (pierwszy z prawej) pojechał wraz z teamem motocyklistów: Mariuszem Łowickim, Maciejem Gryczewskim i Czechem Karlem Řeháčkiem

fot: ARC

Dla takich jak on stalowe rumaki nie mają tajemnic. Wojciechowi Zambrzyckiemu, sztygarowi z kopalni Pniówek, niestraszne są błota, piaski i strome podjazdy. W swojej 25-letniej karierze rajdowca zdążył już zaliczyć GS Trophy, kanadyjski wyścig hardcorowy. Czteroosobowy team, z którym startował, zajął tam pierwsze miejsce.

Czas ucieka szybko. Wojciech Zambrzycki prezentuje album zdjęć z dzieciństwa. Jedno z nich przykuwa szczególną uwagę. Widnieje na nim postać młodego chłopaka w skórzanej kurtce, siedzącego na motocyklu i prezentującego dyplom za zajęcie pierwszego miejsca w rajdzie.

- To właśnie ja. Mam na tej fotografii 15 lat, a to jest mój pierwszy motocykl, na który sam zarobiłem - pokazuje.

- W sumie nie byle jaki. To był rzadki model polskiej maszyny WSKM 21w2s2, eksportowa wersja. Wyprodukowano ich zaledwie 2700 sztuk. Jak na chłopaka, który dopiero co ukończył podstawówkę, wspaniała sprawa. Ledwo wsiadłem i już była nagroda – wspomina.

Prestiżowy rajd
Kolejne nagrody sypały się niczym z rękawa i w końcu przyszły eliminacje do kanadyjskiej superimprezy, jaką jest GS Trophy. Motocyklista z Pniówka wygrał je w cuglach. Do Kanady pojechał wraz z teamem motocyklistów: Mariuszem Łowickim, Maciejem Gryczewskim i Czechem Karlem Řeháčkiem. Tam już trzeba było pokazać światową klasę. Impreza rozgrywana jest co dwa lata w różnych zakątkach świata. W 2014 r. organizatorzy wybrali bezkresne tereny Alberty, leżące na północ od Calgary, po Kolumbię Brytyjską. Wyznaczona trasa, licząca 2300 km, wiodła m.in. szlakami Gór Skalistych. Wśród rywali nie byle kto. Francuz, który ukończył Rajd Dakar. Podobnie Argentyńczyk, trzykrotny uczestnik tego rajdu. Sporo było też crossmanów z tytułami trenerów i instruktorów.

- Przepiękny zakątek świata, ale dla motocyklisty istne przekleństwo. Otrzymaliśmy do dyspozycji maszyny marki BMW R 1200 GS. W sumie znakomite, z najwyższej półki. Musieliśmy zaliczyć na nich aż siedem dziennych odcinków. Każdy prowadził nieutwardzonymi drogami. Organizatorzy przygotowywali dwa lub trzy testy, w trakcie których zespoły rywalizowały ze sobą. Trzeba było zsiąść z motocykla i przepłynąć określony odcinek w jeziorze, w tym na desce, lub umiejętnie posłużyć się nawigacją. Był nawet konkurs fotograficzny, za który regulamin przewidywał 15 punktów. I wygraliśmy go dzięki koledze Karlowi Řeháčkovi z Czech, który startował w zespole. Wykonał nam fantastyczne zdjęcie. Zebrało ono potem najwięcej głosów oddanych przez obserwatorów – wspomina Zambrzycki.

Ale najważniejszym zadaniem było pokonanie wyznaczonej trasy. I z tym niektórzy uczestnicy rajdu mieli już większe problemy. Jak relacjonował Maciej Gryczewski – połamane żebra i nogi zawodników, a także kilka mocno zmielonych motocykli plus jeden, który spadł w przepaść – oto efekty ekstremalnych warunków na trasie.

Po prostu męska przygoda
Zawodom niestety nie towarzyszyła najlepsza aura. W nocy temperatura spadała poniżej zera. Z kolei w ciągu dnia przekraczała nawet 20 st. C. Wieczorami lało jak z cebra. Nie dość, że w namiotach było wręcz mokro, to jeszcze odzieży nie można było do końca wysuszyć i chcąc nie chcąc – motocykliści musieli startować w mokrej. W końcu organizatorzy postanowili urządzić pole namiotowe w hali sportowej, aby dać szansę na wyschnięcie ciuchów i namiotów. Ostatniego dnia imprezy spadł nawet śnieg i drogi, po których poruszali się uczestnicy zawodów, zamieniły się w grzęzawiska.

- Mam za sobą starty w dziesiątkach różnych rajdów, ale te w Kanadzie uważam za najtrudniejsze. Po 10 godzinach jazdy na dobę, przy góra 6 godzinach snu, do tego teren bardzo trudny, podobnie jak warunki atmosferyczne, od -3,5 st. C do nawet +25. Bez dobrego opanowania maszyny i podstaw techniki jazdy w terenie nie było szans na dobry wynik. Istotną rolę odegrała dobra kondycja psychiczna wszystkich nas. Bez niej ani rusz. To była po prostu męska przygoda dla ludzi wytrzymałych fizycznie i psychicznie – przyznaje górnik z Pniówka.

Po triumfie na zawodach w Kanadzie Wojciech Zambrzycki szykuje się do kolejnych imprez.

- Ten zwycięski motocykl jest dziś moją własnością, bo z takiej maszyny się nie rezygnuje. 220 kg i świetnie nadaje się na duże imprezy o dalekich trasach. Mniej na imprezy rajdowe w kraju, typu cross country. Na takie wolę pojechać KTM 300 ex C. Jest lżejszy, bardziej zwrotny. Czy miałem kiedyś wywrotkę? No jasne. W tym sporcie to normalne. Całkiem niedawno rywal zajechał mi drogę. Skutek? Kość czwartego palca wyszła mi przez paznokieć. A takie wywrotki na małej prędkości to chleb powszedni. W Rumunii na zawodach są strome zjazdy. Do pewnego momentu się zjeżdża, a potem przelatuje się przez kierownicę. To znak, że trzeba zsiąść z maszyny i ją prowadzić – opisuje swoje przygody.

- Moim marzeniem jest start w Rajdzie Dakar. Może mi się uda. Zbieram fundusze. Samo wpisowe kosztuje 150 tys. zł. Jak uzbieram 400 tys. zł, dam znać i poproszę, żeby trzymać za mnie kciuki – śmieje się rajdowiec.

 

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

„Szychta wolności” w Jastrzębiu-Zdroju. Wystawa o odwadze górników i przełomowych wydarzeniach

26 sierpnia 2026 roku w Muzeum Miejskim w Jastrzębiu-Zdroju odbędzie się otwarcie wystawy „Szychta wolności – Jastrzębie-Zdrój 1980–1988”. Ekspozycja opowiada o odwadze, determinacji i walce o godność, a także przypomina wydarzenia, które wpłynęły na losy całej Polski.

Kryminał na weekend: „Zbrodnia w raju”. Historia porwania dziecka na Lazurowym Wybrzeżu

Popularny francuski pisarz Guillaume Musso tym razem zabiera czytelników w podróż po Lazurowym Wybrzeżu w latach 20. ubiegłego wieku. Narrację w kryminale prowadzi tak, jak robiła to Agatha Christie. Główny bohater skrupulatnie przesłuchuje podejrzanych i kieruje nas do zaskakującego finału.

Jubileuszowy Festiwal Orkiestr Dętych. I znów pięknie nam zagrały!

W sobotę 22 sierpnia w parku im. Augustyna Kozioła w Rudzie Śląskiej odbył się 25. już Festiwal Orkiestr Dętych. Jak zwykle miłośnicy orkiestr mogli liczyć na świetną zabawę, wysłuchali, oprócz tradycyjnych śląskich melodii, światowe przeboje muzyki rozrywkowej. 

Uczcili rocznicę strajku w Fazosie i opiekuna Solidarności

Z okazji 36. rocznicy strajku w Fabryce Zmechanizowanych Obudów Ścianowych Fazos w Tarnowskich Górach  w kościele pw. Piotra i Pawła odbyła się uroczysta msza święta. Pod tablicami poświęconymi strajkującym i Solidarności złożono kwiaty. W zbiegu ulic Opolskiej, Cebuli i Królika odsłonięto tablicę z nazwą skweru. Od teraz nosi on oficjalnie imię ks. Zygmunta Trochy, proboszcza parafii Piotra i Pawła w latach 1976-2006, który duszpasterską opieką objął „Solidarność”.