fot: ARC
fot: ARC
To pan zakładał Zagłębie Sosnowiec, ukochany klub pierwszego sekretarza PZPR Edwarda Gierka?
- Twórcą Zagłębia był tak naprawdę Edward Gierek, osoba szanowana na Śląsku i w Zagłębiu. Edward był wtedy I sekretarzem KW PZPR w Katowicach. On mnie lubił, bo nigdy nie zawracałem mu głowy swoimi sprawami. W 1962 roku byłem dyrektorem Dąbrowskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego. Futbolem, a w szczególności sosnowiecką piłką, interesowałem się mało. Wiedziałem, że drużyna z Sosnowca nazywała się wtedy Stal i miała oparcie w przemyśle hutniczym. „Franek, zostaniesz prezesem”, stwierdził po kolejnym przegranym meczu sosnowiczan, ale ja bardzo tego nie chciałem, no i poprosiłem o pomoc Jana Mitręgę, ministra górnictwa. Mitręga wpadł na pomysł, że gdy w klubie będą wybory, to my pojedziemy służbowo na Węgry. I tak się stało. Wracam po dwóch tygodniach, myślę, że już po burzy, a tu zaskoczenie. Na biurku leży stos gazet, a w nich czarno na białym: „Franciszek Wszołek nowym prezesem klubu z Sosnowca!”.
Ale chyba warto było tworzyć silny klub górniczy, który za pana kadencji sięgał po Puchar Polski i wicemistrzostwo kraju.
- Na pewno, tym bardziej, że coś po sobie zostawiłem. Jak Stal zamieniałem w GKS Zagłębie, to klub posiadał 14 graczy i rozwalający się stadion. Piłkarze myli się po meczach w betonowym korycie, w którym pojono zwierzęta... Jak po czterech latach odchodziłem z Zagłębia, to klub miał 490 zawodników i 19 sekcji. Mieliśmy wielkie sukcesy, chociażby zdobycie Pucharu Interligi. Ale chociaż Gierek był moim opiekunem, to nie korzystałem z jego pomocy.
Gierek bywał często na meczach pańskiego Zagłębia?
- Proszę pana, na punkcie Zagłębia to był prawdziwy wariat... Starał się być na każdym meczu. A po porażce miałem cyrki. Zdarzało się, że na Stadionie Ludowym siedział cały komitet PZPR, a przecież każdy komuś kibicował. Żeby Pan widział, co się działo na poniedziałkowych posiedzeniach egzekutywy! Kłótnie, awantury. Jak z Legią graliśmy w Sosnowcu, to pół rządu przyjeżdżało z Warszawy. Na „Ludowym” można było posiedzenia rządu robić. Niektórzy pomyślą, że ta moja znajomość z Gierkiem to wielka bujda. A ja do końca jego życia opiekowałem się nim, bardzo często bywałem w jego willi w Ustroniu. Mam wiele wspólnych zdjęć z tego okresu.
Często pan wspomina, że do tej pory trzyma w domu podpis młodego Włodka Lubańskiego na karcie zgłoszenia do Zagłębia. Burzliwa sprawa niedoszłego transferu do Sosnowca przyszłej gwiazdy polskiej piłki mogła panu mocno zaszkodzić...
- Miałem konflikt z Mitręgą, ministrem górnictwa, który stał za transferem Włodka do Górnika Zabrze. Ten podpis młodego Lubańskiego trzymam w moich papierach, jako dowód na to, że chłopak mógł grać w Zagłębiu. W tamtym czasie klub z Zabrza był bardzo mocny w resorcie górnictwa i nawet Gierek by mi nie pomógł.
Inny gwiazdor Górnika, Ernest Pohl, także zapamiętał Zagłębie na długie lata. Jak to było z zamknięciem go w... stodole?
- Ernest miał w niedzielę grać w Sosnowcu, ale dzień wcześniej pojechał do Wojkowic, gdzie był zaproszony na wesele. Dowiedzieli się o tym kibice Zagłębia i pojechali za nim na to wesele. Wszyscy znali słabość Ernesta do alkoholu i na tym weselu wlano w niego mnóstwo gorzały. A rano nasi kibice wywieźli go stamtąd i zamknęli w stodole. Dwóch ludzi go tam pilnowało i dopiero o godzinie osiemnastej, jak już trwał mecz Zagłębia z Górnikiem, Ernest został wypuszczony. Oczywiście, na mecz już nie zdążył, zaś Górnik pozbawiony Pohla przegrał z Zagłębiem. Teraz wiele się mówi o korupcji w piłce, a w tamtych czasach tylko taka „korupcja” się zdarzała.
Za czasów pańskiej prezesury Zagłębie miało najlepszy okres w swojej historii. Dlaczego więc rozstał się pan z sosnowieckim klubem?
- Byłem już wtedy wiceministrem górnictwa. Ministerstwo cały czas miało swoją siedzibę na Śląsku, ale były silne naciski, by przenieść je do Warszawy. Mitręga, który zarządzał resortem, był temu przeciwny. Nie znosił stolicy, czuł się tam źle. W końcu jednak i on skapitulował. Doszedł do wniosku, że to ja będę reprezentował górnictwo w Warszawie. Siedziałem tam od poniedziałku do piątku. Chociaż miałem do dyspozycji prywatny samolot, na Zagłębie zabrakło już czasu. Ale na wiele lat zostałem jego prezesem honorowym.
Po Zagłębiu, kolejnym klubem górniczym, który pan zakładał, był GKS Tychy. W tym wypadku także zadziałała „niewidzialna ręka” towarzysza Gierka?
- Na początku lat 70. w Tychach były cztery kluby, które połączyłem w jeden, ale za to bardzo silny. Tychy mocno się rozbudowywały, było dużo ludności napływowej i potrzebny był tam mocny klub. I ta sprawa także była z inicjatywy Gierka. Za pieniądze z górnictwa zbudowaliśmy stadion, natomiast lodowisko powstało później z innych pieniędzy. W 1976 roku piłkarze zdobyli wicemistrzostwo Polski. To był nasz wspólny sukces. Kilka lat temu byłem na spotkaniu z okazji jubileuszu GKS Tychy i młodzież w ogóle nie wiedziała, że to ja założyłem ten klub. Ale przypomniał moją osobę prezydent miasta Andrzej Dziuba. Dzięki pomocy kopalni „Piast”, a także „Ziemowit”, w Tychach była wielka piłka. A tak w ogóle, to sport górniczy świetnie się rozwijał, gdy górnictwo było sterowane centralnie.