Jacek Korski, wiceprezes Kompanii Węglowej, bardzo mocno związany jest z Zabrzem, ale swoje piłkarskie pasje ulokował głównie w Bytomiu, gdzie mieszkał tylko trzy lata.
Za sprawą ojca, który do końca życia był fanatycznym kibicem Polonii, bardzo mocno sympatyzuje z klubem kultywującym lwowskie tradycje. To właśnie ojciec zabierał go na mecze, sadzając „na barana”, by chłopak lepiej widział piłkarskich idoli.
Relacje w Głosie Ameryki
– Ja urodziłem się w Bytomiu, tak mam w papierach, ale moja babcia pochodziła ze Lwowa i to ona wniosła do rodziny tradycje Pogoni Lwów. To był wspaniały klub, który przed wojną aż czterokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski – mówi Korski, który ma fenomenalną pamięć, jeśli chodzi o wydarzenia z historii bytomskiego klubu. Pamięta doskonale lata 60., gdy Polonia zdobywała mistrzostwo Polski, zaś w drużynie grali tak znakomici piłkarze, jak Edward Szymkowiak, Kazimierz Trampisz czy Jan Liberda. Później do zespołu dołączył kolejny reprezentant Polski, Jan Banaś, który największe sukcesy osiągnął jednak w Górniku.
– Banaś jeszcze jako zawodnik Polonii uciekł do Niemiec z dwójką innych graczy. Potem wrócił do kraju i miał kłopoty z władzą ludową. Pamiętam, że jak był w Górniku, to kupił sobie mustanga, auto marzeń tysięcy młodych Polaków. Mustanga miały w Zabrzu tylko dwie osoby. Dzięki temu Banaś strasznie imponował młodym kobietom – uśmiecha się tajemniczo Korski.
W 1965 r. Polonia zdobyła Puchar Ameryki, pokonując w finale Duklę Praga, która wyspecjalizowała się w tamtym czasie w kolekcjonowaniu tego trofeum. 9-letni wówczas Korski zarywał noce z uchem przyklejonym do radioodbiornika. Nie był on jednak nastawiony na polską stację, ale „wrogi” Głos Ameryki, który relacjonował fantastyczne występy Polonii. Po 45 latach Korski bezbłędnie potrafi wymienić nazwy klubów, które zostały rzucone na kolana przez bytomian.
– W grupie Polonia ograła Ferencvaros z Węgier, angielski West Bromwich i szkocki Kilmarnock. W finale wygrała dwukrotnie z amerykańską drużyną New Yorkers, a w istocie był to słynny Celtic Glasgow. No a potem była zwycięska walka o Puchar Ameryki z Duklą Praga. Polonia była w tamtym okresie wielkim klubem i miała legendarnych piłkarzy. Potrafiła wygrać z Schalke 4:0. Który polski zespół jest teraz w stanie to zrobić? Teraz Polonia nie osiąga już takich sukcesów, ale jest przykładem na to, jak z małym budżetem można zrobić dobrą drużynę – dowodzi Korski, którego fascynacja bytomskim klubem trwa do dzisiaj.
„Zyga” pieści zastawę
W rundzie jesiennej ekstraklasy Korski pojawił się na stadionie Górnika, który rozgrywał spotkanie ligowe z Polonią. Rzecz jasna trzymał kciuki za bytomian, chociaż dobrze życzy również zabrzańskiej drużynie. Derby Śląska skończyły się remisem, który połowicznie zadowolił wiceprezesa KW.
– Na Górniku bywam nie tylko wtedy, gdy gra z Polonią – przyznaje Korski, który w młodości zapowiadał się na niezłego piłkarza. – Kibicuję Górnikowi, gdy gra z drużyną spoza Śląska. Mieszkam w Zabrzu-Mikulczycach i chociaż to spora odległość, słyszę odgłosy ze stadionu Górnika. Powiem szczerze, że brakuje mi jedności śląskich klubów, które powinny trzymać się razem i wspierać w rywalizacji z ekipami z innych regionów kraju. Nie nawołuję jednak do sztucznych fuzji, łączenia klubów, ale do współpracy. Wiadomo, w jedności siła – przekonuje Korski.
Jego kibicowskie serce nieraz musiało przechodzić ciężką próbę. No, bo jak pogodzić sytuację, gdy mieszkało się w Zabrzu, niemalże drzwi w drzwi z wielkimi gwiazdami Górnika, zaś sympatyzowało się z Polonią.
– Mieszkałem na tej samej ulicy, co Ernest Pohl, który był praktycznie moim sąsiadem. A obok inna gwiazda, Stefan Floreński. Idąc do szkoły, trafiałem na wspaniałego bramkarza Janka Gomolę, który, tak jak i Pohl, miał mieszkanie ogrzewane piecami kaflowymi. Idąc dalej, spotykałem Zygę Szołtysika, który na podwórku pieścił swoją zastawę. Mając takich sąsiadów, nie sposób było nie interesować się Górnikiem. A były to początki lat 60. i zabrzanie grali coraz lepiej, zdobywali mistrzostwa Polski. Takich konusów jak ja to wtedy wpuszczali na stadion za darmo. Albo czekało się przed bramą 15 minut i można było wchodzić na trybuny – z rozrzewnieniem wspomina czasy, gdy na polskich stadionach było bezpiecznie i kulturalnie, a hasło „sędzia kalosz” uznawane było za szczyt obrazy.
Pohl niszczy piłkę
Gdy uczęszczał do szkoły podstawowej, bardzo często z kolegami kopał piłkę na podwórku. Ferajna grywała gumowym „balem”, gdyż skórzana piłka była tylko przedmiotem westchnień. Pewnego razu przez podwórko przechodził Pohl, który akurat skończył trening na pobliskim stadionie Górnika. Pech chciał, że piłka potoczyła się pod jego nogi. Ernest kopnął ją z taką siłą, że pękła. Chłopaki w płacz, a Pohl na to: „Nie płaczcie synki, jutro przyniosę wam prawdziwą piłkę”.
– I tak było, ta skórzana piłka podarowana przez Pohla to był prawdziwy skarb. Każdy z nas troskliwie się nią opiekował, pastowaliśmy ją, a nawet smarowaliśmy kremem nivea. Pamiętam, że długo nią graliśmy. Ernest to był wspaniały człowiek, który nie robił z siebie wielkiej gwiazdy. Nikomu nie odmówił autografu, z każdym porozmawiał. A byli i tacy, którzy potrafili odmówić – przyznaje Korski.
Gdy w późniejszym okresie pracował w kopalni Makoszowy jako kierownik oddziału wydobywczego, jego drogi z Pohlem ponownie się skrzyżowały. Słynny bombardier Górnika już nie biegał po boisku, ale był prowadzony na oddziale Korskiego, oddelegowany tak naprawdę do pracy w klubie. Naraził się jednak bardzo ważnej personie, Janowi Szlachcie, twórcy potęgi Górnika w latach 80. i późniejszemu ministrowi górnictwa i energetyki, który kazał płacić Pohlowi najniższą pensję.
– A ja złamałem to polecenie i wypisywałem Ernestowi normalne dniówki dołowe. Gdy zostałem wezwany przez Szlachtę, byłem przygotowany na najgorsze, czyli zwolnienie – wspomina Korski. – Szlachta zapytał się najpierw, dlaczego tak postąpiłem. No to ja opowiedziałem mu ze szczegółami historię tej skórzanej piłki, podarowanej przez Pohla. Widocznie zrobiło to wrażenie na Szlachcie, który nie tylko mnie nie zwolnił, ale dalej kazał pisać Pohlowi takie same dniówki dołowe.
Twarde stanowisko Korskiego w sprawie Pohla tak przypadło do gustu Szlachcie, że nagrodził go dodatkowym bonusem, którym był bilet na mecz Polska – Grecja, który w 1984 r. rozegrany został na stadionie Górnika.
Godnie uczczą zamordowanych górników. Centrum Dziewięciu z Wujka zmienia się nie do poznania
Jeszcze w tym roku Śląskie Centrum Wolności i Solidarności im. Dziewięciu Górników z Wujka (ŚCWiS) zamierza rozpocząć drugi etap adaptacji przestrzeni kopalni Wujek, kopalnianej łaźni łańcuszkowej, pod kątem m.in. widowiska multimedialnego.