Śląskiego hajera pakt z diabłem

Setka czystego spirytusu, garść koki i skręt z liści eukaliptusa. Takim wziątkiem Mieczysław Bieniek skorumpował diabła we wnętrzu boliwijskiej góry Cerro Rico. To nie był targ o duszę, lecz o wyniesienie cało głowy z pozostającej w jej wnętrzu kopalni srebra.

Z Mietkiem – długa znajomość uzasadnia taką zażyłość – mamy, prawdę powiedziawszy, same kłopoty. Ten emerytowany górnik kopalni Wieczorek od lat przemierza świat i po każdej ze swoich egzotycznych wypraw zagląda do naszej redakcji z bagażem niewiarygodnych wręcz przygód oraz zestawem kilkunastu tysięcy zdjęć. Nie inaczej było i tym razem, czyli po powrocie z Ameryki Południowej.
– To był mój czwarty kontynent – mówi o najnowszej podróżniczej marszrucie, prowadzącej przez Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię i Chile.
Ocenia, że od początku stycznia w 97 dni przemierzył – samolotami, statkami, autobusami, pociągami, indiańskimi łodziami, pieszo i na rowerze – przynajmniej 20 tys. km. Wrócił z pękatym kajetem zapisków z podróży i niewiarygodną kolekcją fotografii. Książki by nie starczyło! Co zatem wybrać? Oto właśnie cały kłopot z Mietkiem. Pozostaje poprzestać na kilku zaledwie epizodach.
Kolumbia. Szybko ucieka ze stołecznej Bogoty.
– To miasto nie do życia. Odstręcza niewiarygodnym zderzeniem biedy i bogactwa. Pałacowo-kościelny blichtr dzielnicy turystycznej rażąco kontrastuje z żebraczą codziennością wschodnich kwartałów stolicy, enklawą niewyobrażalnej biedy i płynącego z niej bandytyzmu – tłumaczy.

Piraci z Karaibów

Ucieka więc na północ, do Santa Maria i Cartagena de Indias nad Morzem Karaibskim.
– Przecudne, bajkowe miasto, wielekroć łupione w przeszłości przez piratów, czego trwałym śladem są nadmorskie twierdze – opowiada o drugim z nich, choć najbardziej zapadł mu w pamięć koloryt tutejszej rafy koralowej i pływanie pośród delfinów.
Bieniek nie byłby sobą, gdyby nie zdołał wtargnąć w zamknięty świat prywatnych wysp, gdzie swoje rezydencje w karaibskim raju urządzili możni tego świata, z aktorską śmietanką Hollywood na czele.
Do Ameryki Płd. Mietek wyruszył jednak nie dla ciepłych plaż i pławienia się w luksusie, lecz dla tutejszych gór. Miał ochotę zaliczyć kilka sześciotysięczników. W południowo-zachodniej Kolumbii zrazu postanowił się zmierzyć z wulkanem Galeras (4276 m n.p.m.) nieopodal miasta Pasto. Niestety, bez powodzenia.
– Wulkan wciąż jest aktywny. Dotarłem na wysokość 3800 metrów. Pracownicy tamtejszego punktu sejsmicznego nie pozwolili mi iść wyżej. Tłumaczyli niepodobieństwo dalszego podchodzenia w górę bez aparatu tlenowego. Odwrócenie kierunku wiatru, niosącego gazy wulkaniczne, oznaczało po prostu śmierć – tłumaczy to fiasko.
Ekwador. Na wierzchołek wulkanu Cotopaxi (5895 m n. p. m.) w paśmie środkowych Kordylierów Mietek tym razem wchodzi, acz nie bez przygód i w zaskakującej roli... księdza.

 

Fałszywe błogosławieństwa

– Było tak. Zaopatrzony w kask, raki i czekan wchodzę na teren parku narodowego, a tu jakiś cieć krzyczy „Bilet!” Kur..., znowu chce wydoić ode mnie pieniądze – zareagowałem głośno w prostych górniczych słowach. Kura? – złagodniał natychmiast i machnął ręką na bilet. Kura? – spytał kierowca dżipa, zapraszając mnie gestem do auta, oszczędzając mi przez tę grzeczność 30 kilometrów pieszej drogi. Kura? – za friko częstują mnie w schronisku kawą z ciastkiem. Coś mnie tknęło i dopytuję delikatnie o tę „kurę”. Wyszło, że to ksiądz i tak oto nieparlamentarne słowo okazało się niesłychanie użyteczne. Nie dość więc, że nie prostowałem błędu, to jeszcze rozdzielanymi hojnie znakami krzyża grałem dalej rolę uzurpatora – śmieje się Bieniek. Sam wulkan nie tolerował już jednak forteli.
– Z przygodnie spotkanym Holendrem i przewodnikiem weszliśmy na 5600 metrów. I wtedy, tuż przed samym szczytem, chłopak skręcił nogę w kostce. W pierwszym odruchu miałem ochotę dać mu ze złości po pysku. Calusieńką noc w śnieżnej burzy ściągaliśmy nieszczęśnika w dół na linach. Ale nie poddałem się. Następnego dnia, z innym już gościem, dotarłem na wierzchołek – nie tai satysfakcji Mietek.

 

Boże rękodzieło

W prowincji Cotopaxi urzekła go także Laguna de Quilotoa (3500 m n. p. m.).
– Kiedy widzi się szmaragdowy kolor jej wód, zmieniający się zresztą zależnie od pór roku i dnia pod wpływem gry cienia i światła, a wokół zęby surowych gór, to człowiek stoi oniemiały. Czujesz sprawczą moc Boga, bo tylko wyższa siła mogła być rzeźbiarzem tak niesamowitego rękodzieła – zachwyca się katowicki podróżnik.
Rzeka Rio Napo, powyżej ujścia Amazonki. Tu Mietek płukał z Indianami złoty piasek.
– Pierwszego dnia z sit wybraliśmy mniej więcej 6 gramów złotych ziaren. W oddalonym o 5 kilometrów sklepie z wszelkimi potrzebnymi tubylcom do życia dobrami, od narzędzi po cukierki, środkiem płatniczym było wyłącznie złoto. Przelicznik: 30 dolarów za gram. Opanowany nagłą gorączką zacząłem snuć projekty z koparkami i agregatami do płukania. Na to moi gospodarze z całkowitą flegmą pytają – po co? Ziarna z sita zupełnie wystarczają nam na życie, a więcej nie potrzebujemy – opowiada o zaskakującej reakcji Indian.
Peru, długi na 120 km i najgłębszy na Ziemi kanion Colca, którego ściany przecina rzeka Rio Colca. Mieczysław Bieniek zapamiętał go głównie z nieprawdopodobnego tańca kondorów nad głową.
– Kiedy wśród skalnych ścian pojawił się pierwszy, zrazu pomyślałem, że to samolot – opowiada o widowisku urządzonym przez potężne ptaki o rozpiętości skrzydeł dochodzącej do 3 m.

 

Pożeraczka ludzi

Wróćmy wszak do boliwijskiej Cerro Rico i jego diabelskiego kontraktu.
– Trudno, aby hajer z Wieczorka odpuścił kopalnię srebra. Tym bardziej, kiedy dowiedziałem się, że zawierający ten pierwiastek urobek wydobywa się stąd od 1570 roku. Lampa, buty – to rozumiałem z podpowiedzi mojego przewodnika. Ku mojemu zdumieniu kazał mi jednak również mieć z sobą koniecznie setkę czystego spirytusu, garść liści koki i cygaro z eukaliptusa. Dopiero na miejscu, kiedy pełzaniem dotarłem w głąb góry, oko w oko stanąłem przed obliczem... diabła, władcy jej podziemi. Przyniesione dary były przebłagalną ofiarą za uniesienie stąd cało głowy. W tym odwiecznym marzeniu o wyjściu stąd bez szwanku nie ma jakiejkolwiek przesady, co potwierdzają ludzkie szkielety, mijane w jej prymitywnych wyrobiskach. Cerro Rico zwie się pożeraczką ludzi. Odkąd wydobywa się tu srebro, góra pochłonęła ogrom istnień. Przedtem byli to niewolnicy, a dziś tubylczy górnicy z całą armią kobiet i dzieci – ilustruje koszt penetracji góry wzdłuż jej srebrnych żył.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

64 proc. Polaków chce zmienić pracę, by więcej zarabiać

64 proc. respondentów wymieniło wyższe wynagrodzenie jako główną motywację zmiany pracodawcy, a 21 proc. wskazało na atrakcyjniejsze benefity - wynika z raportu Manpower. Jednocześnie 17 proc. badanych zadeklarowało, że nic nie skłoni ich do zmiany pracy.

Kopalnia i pomoc czworonogom? W Wieliczce to możliwe

Przy szybie Daniłowicza kopalni Wieliczka 10 października spotkali się ludzie o wielkich sercach dla zwierząt: wolontariusze Fundacja Skrzydlaty Pies z Bukowna, pracownicy kopalni, wieliczanie, turyści oraz niezawodni harcerze wielickiego hufca ZHP. W ramach akcji „Kopalnia dobrych serc” udało się m.in. zebrać ponad 240 kg karmy dla psów oraz przeszło 30 kg karmy dla kotów. 

El patnow PAK estakada naweglania poltegor pl

Atom zastąpi tam węgiel. Podpisano umowę na budowę małych reaktorów modułowych

ZE PAK poinformował we wtorek o podpisaniu z SGE umowy dot. budowy w Pątnowie małych reaktorów modułowych. To drugie podejście energetycznego koncernu i firmy Michała Sołowowa do takiego przedsięwzięcia w Koninie (woj. wielkopolskie).

Kabel pod ziemią - co naprawdę chroni dostawy prądu w wykopie?

Kabel energetyczny leży pod ziemią niewidoczny dla przechodniów, a jego uszkodzenie wyłącza prąd całym osiedlom. Sposób ułożenia, rodzaj zasypki i oznakowanie trasy decydują o tym, czy przewód przetrwa kolejne prace ziemne. Poniżej opisujemy, co chroni kabel w wykopie i dlaczego piasek do zasypki kabli ma znaczenie większe, niż się zwykle zakłada.