fot: Jarosław Galusek
Goło i niewesoło, czyli Michał Pazdan opuszcza boisko, a Górnik – szeregi ekstraklasy
fot: Jarosław Galusek
Sensacyjnym mistrzem Polski został chorzowski Ruch, zaś za plecami Niebieskich usadowiły się ekipy GKS-u Katowice i Górnika Zabrze. To był, niestety, ostatni zryw śląskiego futbolu, który od wielu lat klepie biedę. Klubom brakuje dawnego mecenatu górnictwa, dzięki któremu śląskie drużyny dominowały w krajowej piłce.
Ruch z 1989 roku to był jeden z biedniejszych klubów I ligi. Za mistrzostwo Polski piłkarze dostali do wyboru: magnetowid lub kolorowy telewizor. Podobno sprzęt nie był najwyższej jakości i szybko się popsuł, ale kilku graczy zachowało go na pamiątkę do dziś. Podobnie jest z całą śląską piłką, która od dawna nie prezentuje najwyższej jakości.
– Za moich czasów zawsze graliśmy o wysokie cele, zaś wielkich sukcesów nie byłoby, gdyby nie pomoc górnictwa – wspomina Stanisław Oślizło, autentyczna legenda 14-krotnego mistrza Polski, Górnika Zabrze.
– Choć na kopalni pokazywaliśmy się najczęściej „piętnastego”, przy okazji wypłaty, to jednak górnicy nas lubili, byli naszymi najlepszymi kibicami. Nie muszę chyba przypominać, że pierwsze słowa Alojzego Piontka, górnika wyciągniętego po siedmiu dniach z zawału, brzmiały: „Jak Górnik grał z Manchesterem City?”. Teraz wszystko się zmieniło, śląska piłka przeżywa kryzys i nie zmieni tego fakt, że ostatnio w ekstraklasie występowało aż pięć zespołów ze Śląska. Mnie najbardziej boli to, że w tym gronie nie ma już mojego Górnika Zabrze. To bardzo przykra sprawa, gdyż po latach walki z biedą, klub ma możnego sponsora i wielu dobrych piłkarzy. Ale przytrafił nam się spadek, którego można było uniknąć.
Prawdziwy urodzaj śląskich klubów w ekstraklasie mieliśmy w sezonie 1975/1976. Wówczas to aż siedem drużyn z regionu występowało w najwyższej klasie rozgrywkowej. Oprócz wspomnianych Ruchu i Górnika, mieliśmy Zagłębie Sosnowiec, Polonię Bytom, Szombierki Bytom, GKS Tychy i ROW Rybnik. W tym gronie aż pięć zespołów reprezentowało resort górniczy, który zapewniał piłkarzom wikt i opierunek. A ci rewanżowali się bardzo dobrą grą i tytułami mistrza Polski. Najlepiej wychodziło to zabrzanom, którzy na przełomie lat 60. i 70. byli ambasadorami nie tylko śląskiej, ale i całej polskiej piłki. Wystarczy wspomnieć wspaniałe boje pucharowe Górnika z AS Roma, czy wcześniej z Manchesterem United, by łezka w oku się zakręciła.
– Nie byłoby tych sukcesów, gdyby nie pomoc kopalń i całego górnictwa – uważa dawna gwiazda zabrzańskiego Górnika Jan Banaś, który na Roosevelta trafił z Polonii Bytom. – Piłka śląska nie miała w tamtym okresie godnych siebie konkurentów, jedynie warszawska Legia mogła rywalizować z Górnikiem czy też Ruchem. Ale to do Legii trafiali często najlepsi gracze, którzy odrabiali na Łazienkowskiej służbę wojskową. Dobrze, że ci ze Śląska mogli być reklamowani przez kopalnie. Inaczej byłoby kiepsko ze śląskimi drużynami.
Sukcesy Górnika w latach 80. (4 razy z rzędu tytuł mistrzowski) nie byłyby możliwe, gdyby nie cichy protektor zabrzan, minister górnictwa Jan Szlachta. To on wspólnie z prezesem Górnika, na co dzień dyrektorem kopalni „Zabrze-Bielszowice”, Marianem Polusem stworzyli mocne zaplecze finansowe klubu.
– To były wspaniałe czasy zarówno dla mnie, jak i Górnika – przyznaje były piłkarz zabrzanin, obecnie trener Legii, Jan Urban. – Mieliśmy znakomite warunki organizacyjno-finansowe, o nic nie musieliśmy się martwić. Mieliśmy tylko wygrywać. Zabrze to dla mnie niezwykłe miejsce, gdzie rozwinąłem swoją karierę i poznałem wielu wspaniałych ludzi.
Ostatni sukces śląskiej piłki związany był z trzecią lokatą GKS-u Katowice w 2003 r., co pozwoliło temu wrośniętemu korzeniami w górnictwo klubowi powrócić na chwilę do europejskich pucharów. Ostatnie lata to jednak wegetacja Śląska, który toczy się po równi pochyłej. Klubom z naszego regionu brakuje solidnych sponsorów, a jak już się taki trafił, jak Allianz w Górniku, to zamiast sukcesu mamy wielką klapę.