fot: ARC
Rafting w Chile dostarczył skaciorzom ze Śląska niesamowitych przeżyć
fot: ARC
Polscy skaciorze są potęgą światową, zaś trzon naszej reprezentacji stanowią zawodnicy ze Śląska. – Jesteśmy drugą nacją skatową po Niemcach – chwali się Henryk Brzoska, prezes PZSkata.
Śląscy skaciorze zwiedzili niemal wszystkie zakątki Europy i świata, za każdym razem zdobywając worek medali i wyróżnień. Najczęściej podróżują za własne pieniądze, gdyż skat jest sportem czysto amatorskim i nie mogą liczyć nawet na zwrot kosztów. Ale przy okazji trafiają do egzotycznych miejsc, co jest dla nich formą sportowej gratyfikacji w naturze.
W 2004 r. nasza reprezentacja wybrała się do Pucon w Chile, gdzie rozgrywane były 14. mistrzostwa świata. Polacy zdobyli brązowy medal w rywalizacji drużynowej, ale jeszcze większym przeżyciem były dla nich wyprawy w dzikie zakątki kraju, zamieszkiwane jedynie przez Indian. Prawdziwą szkołą przeżycia okazał się rafting, czyli spływ rwącą rzeką na pontonach.
Chwile grozy na pontonach
– W pewnym momencie przeżyliśmy chwile grozy, gdyż nasz przewodnik, który płynął jako pierwszy, wpadł do wody. Ostatecznie zdołał wrócić na ponton, ale wszyscy byliśmy bardzo wystraszeni. Aż tak mrożących krew w żyłach sytuacji nie było w trakcie wycieczki na czynny wulkan, z którego mocno się dymiło – wspomina prezes Brzoska.
Dwa lata później Ślązacy polecieli na Bahama, gdzie rozgrywane były indywidualne i drużynowe mistrzostwa świata. Nasz zespół znów licytował na wysokim poziomie, ale w umysłach zawodników pozostały głównie wspomnienia z... delfinarium.
– Dla większości z nich ta wycieczka była przygodą życia. Przejażdżka na delfinach, i to na Bahama, dała niezwykły dreszczyk emocji. Oprócz zawodników były też ich żony, więc można mówić o wrażeniach rodzinnych – zapewnia Józef Myrczik, prezes SK Szombierki Bytom, który jako zawodnik w 2007 r. został mistrzem Polski w kategorii ogólnej. Myrczik był znany w środowisku koszykówki, z racji tego, że pełnił funkcję dyrektora, będących u szczytu sławy, Bobrów Bytom.
– Teraz prowadzę klub skatowy Szombierki, który w ubiegłym roku zajął piąte miejsce w rozgrywkach drużynowych pierwszej ligi. Na piętnastu moich zawodników, dwunastu to aktywni bądź też emerytowani górnicy – dodaje Myrczik.
Posiłki w chińskiej restauracji
Mistrz świata z 2008 r. Adam Kołodziejczyk wyrósł w tradycji górniczej, chociaż w kopalni nigdy nie pracował. Na co dzień jest budowlańcem. Ale brat mistrza pracuje pod ziemią w kopalni „Ziemowit”, z kolei ojciec był zatrudniony w „Staszicu”.
Kołodziejczyk tytuł mistrza świata wywalczył w pięknej hiszpańskiej miejscowości Calpe, zaś swój sukces – jak sam twierdzi – zawdzięcza zacięciu i pasji do kart. W Hiszpanii, oprócz sukcesu sportowego, Kołodziejczyk i jego koledzy z drużyny przeżyli także wielkie rozczarowanie organizacyjne.
– Nasi zawodnicy, wraz z osobami towarzyszącymi, zostali zakwaterowani w ładnych apartamentach w bezpośredniej bliskości plaży z pięknym widokiem na morze – relacjonuje wspomniany prezes Brzoska. – Gospodarz mistrzostw miał zagwarantować co najmniej jeden posiłek. I był, ale w chińskiej restauracji... Na nasze usilne domagania się zmiany miejsca, nie chciał się zgodzić, zresztą nie bardzo było z kim rozmawiać. Kolejny incydent dotyczył opłaty za pobyt. Miała ona kosztować 150 euro od osoby, zaś po rozmowach z właścicielem apartamentu mieliśmy dopłacić 6000 euro. Po długich negocjacjach ustalono dopłatę 2500 euro, co podniosło stawkę o 20 euro od osoby. To nie było w porządku w stosunku do naszej ekipy.
Kołodziejczyk, startujący w barwach OSP Lędziny, marzy teraz o spokojnej wyprawie do RPA, gdzie w październiku rozegrane zostaną mistrzostwa świata. Obliczył sobie, że musiałby wysupłać co najmniej 1500 euro, by wystartować w imprezie.
– Bardzo chciałbym tam polecieć, ale nasz związek jest zbyt biedny, by mógł mi sfinansować ten start. Ale nie tracę nadziei, może polecę na Przylądek Dobrej Nadziei za własne pieniądze – zastanawia się Kołodziejczyk.