Pylica wciąż najgroźniejszym schorzeniem
fot: Jarosław Galusek
Ponad 3,5 tys. wypadków zanotowano w ubiegłym roku w polskim górnictwie
fot: Jarosław Galusek
Według danych z 2008 r. w zakładach tych stwierdzono występowanie przekroczeń najwyższych dopuszczalnych stężeń (NDS) szkodliwych dla zdrowia pyłów we wlotowych prądach powietrza do 82 proc. ścian. Co gorsza, zdarzają się przypadki świadomego oszukiwania urządzeń obniżających emisję pyłów.
Zestawienie, sporządzone przez, powołany w październiku 2007 r. przez prezesa Wyższego Urzędu Górniczego, zespół ds. zwalczania zagrożenia pyłami szkodliwymi dla zdrowia oraz wybuchem pyłu węglowego, ma przygnębiającą wymowę. W ostatnich 9 latach poziom zachorowalności na pylice płuc wśród górników kopalń węgla utrzymuje się na wysokim poziomie od 530 przypadków stwierdzonych w 1999 r., do 443 ujawnionych w ubiegłym. To aż trzy czwarte schorzeń zawodowych, na jakie zapadają górnicy. Na drugim miejscu – 71 przypadków stwierdzonych w ub.r. – jest trwały ubytek słuchu.
Schorzenie emerytów
W 2008 r. w kopalniach węgla kamiennego tylko 15 proc. pylic stwierdzono u czynnych pracowników, zaś pozostałą ilość u emerytów (w 12 zakładach wyłącznie u tych drugich). W pierwszej grupie w kopalniach Katowickiego Holdingu Węglowego ujawniono (w odniesieniu do wszystkich stwierdzonych przypadków) – 4 proc. pylic, Kompani Węglowej – 16 proc., Jastrzębskiej Spółki Węglowej – 18 proc. i Południowego Koncernu Węglowego – 50 proc. Andrzej Kalus, główny specjalista w Departamencie Warunków Pracy WUG i koordynator inspekcji zespołu zwraca uwagę na tę prawidłowość.
– Pylice płuc dużo rzadziej stwierdza się u czynnych pracowników kopalń aniżeli u emerytów. W ubiegłym roku zaledwie 15 proc. tych schorzeń stwierdzono w pierwszej grupie, natomiast pozostałą część – w drugiej. Analiza dłuższego, 11-letniego okresu potwierdza tę regułę. Pylice płuc u czynnych pracowników stwierdzono w przedziale pomiędzy 8 a 18 procent. Rzecz znamienna: w czterech kopalniach węgla kamiennego nie ujawniono w tak długim okresie ani jednego przypadku pylicy u zawodowo czynnych górników. Jednocześnie na chorobę tę cierpiało 281 emerytów z tej czwórki – ilustruje Andrzej Kalus.
W jego ocenie statystyka zapadalności na tę chorobę nie poddaje się prostym interpretacjom. Nie można jej bowiem tłumaczyć jedynie długim okresem inkubacji schorzenia. Zależy bowiem również od efektywności profilaktyki na przestrzeni wielu lat oraz dokładności badań lekarskich. W kontekście zestawień zespołu ta ostatnia jest wątpliwa.
Spóźnione wykrywanie
– Można sobie wyobrazić sytuację, że w którejś z kopalń badania lekarskie są tak staranne, że wykrywają już wczesne stadia choroby, a nawet jej symptomy. Doraźnie ilość stwierdzonych pylic pozornie wykaże więc zawodność profilaktyki. Tymczasem będzie świadczyła o poprawie jej skuteczności. Możliwe jest bowiem wówczas przesuwanie pracowników z początkowymi zmianami chorobowymi na mniej zagrożone stanowiska – wyjaśnia ten pozorny paradoks Andrzej Kalus.
Cały wysiłek w zwalczaniu zagrożenia szkodliwymi dla zdrowia pyłami powinien koncentrować się na obniżaniu poziomu zapylenia na stanowiskach pracy pod ziemią. Służą temu m.in. układy zraszające w kombajnach ścianowych i chodnikowych, baterie na przesypach przenośników odstawy oraz odpylacze w drążonych kombajnami wyrobiskach. Ale właściwiej byłoby powiedzieć: powinny służyć. Urządzenia te nie tylko muszą być bowiem sprawne, ale i właściwie stosowane.
Tymczasem – według pokontrolnych danych z grudnia ub.r. – aż w 82 proc. ścian już we wlotowych prądach świeżego powietrza występowały przekroczenia najwyższych dopuszczalnych stężeń szkodliwych pyłów.
– O skuteczności urządzeń odpylających decydują nie tylko ich nominalne parametry, lecz przede wszystkim rzeczywista wydajność w trakcie eksploatacji. Kluczowa – aby nie dochodziło do zatykania dysz – jest na przykład czystość wody. Ale kontrole inspektorów urzędów górniczych ujawniły dużo więcej nieprawidłowości w ich stosowaniu. Na szczególną dezaprobatę zasługują przypadki świadomego zaniżania nastaw przepływomierzy w układach zraszających kombajnów ścianowych lub chodnikowych. W konsekwencji urabianie mogło być prowadzone z obniżoną wydajnością zraszania, a incydentalnie nawet bez niego. Takie postępowanie pozwala wprawdzie unikać postojów kombajnów, lecz zmniejsza skuteczność w zwalczaniu zapylenia – mówi Andrzej Kalus.
Półmaski do testowania
Ostatnią „redutą” pracownika, mającą chronić go przed pylicą płuc, są indywidualne środki ochrony dróg oddechowych. Tak jest, o ile są porządne i używane. Także i z tym bywa jednak rozmaicie. Andrzej Kalus przyznaje, że egzekwowanie przez dozór i służby bhp stosowania przez pracowników tego sprzętu jest bardzo trudne. Kontrole wykazały, że górnicy zakładają półmaski według własnego uznania i indywidualnej oceny zapylenia. W trudnych warunkach klimatycznych na dole powodują dość dokuczliwy dyskomfort w oddychaniu.
Rzecz nie tylko w niedbalstwie i ignorowaniu własnego zdrowia. O wyborze kupowanego w przetargach sprzętu ochronnego często przesądza głównie cena.
– Cóż z tego, że półmaska będzie miała nawet najwyższą klasę ochronną, jeżeli pracownik się w niej dusi i nie może dłużej wytrzymać. Albo więc wyrzuca ją po 15 minutach stosowania, albo robi sobie „lufcik” koło nosa, aby móc swobodniej oddychać. Najlepiej więc, aby górnicze firmy przed zakupem większej ilości półmasek, wzięły wpierw niewielką próbkę i dały pracownikom do przetestowania ich przydatności na dole – uważa Kalus.
W ocenie zespołu skuteczność profilaktyki, podporządkowanej obniżaniu poziomu zapylenia na stanowiskach pracy, powinna być weryfikowana regularnie prowadzonymi pomiarami.