Przeżyłem katastrofę w kopalni Szczygłowice. „Pamiętam moment wybuchu"
Mirosław Romańczuk jest jednym z górników, którzy przeżyli wybuch metanu w styczniu 2025 r. w ruchu Szczygłowice. Mimo poparzenia ciała, amputacji nogi i palców u obu rąk do połowy, nie poddaje się. – Chcę odzyskać sprawność, przynajmniej w połowie do stanu sprzed wypadku – zapowiada.
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Mirosław Romańczuk jest jednym z górników, którzy przeżyli wybuch metanu w kopalni Szczygłowice. Dziś walczy o zdrowie i powrót do sprawności
fot: Katarzyna Zaremba-Majcher
Mirosław Romańczuk jest jednym z górników, którzy przeżyli wybuch metanu w styczniu 2025 r. w ruchu Szczygłowice. Mimo poparzenia ciała, amputacji nogi i palców u obu rąk do połowy, nie poddaje się. – Chcę odzyskać sprawność, przynajmniej w połowie do stanu sprzed wypadku – zapowiada.
Dzisiaj nie ma pretensji do Boga i losu, nie zadręcza się pytaniami, a raczej brakiem odpowiedzi – dlaczego ja? Nie wścieka się na to, że musi liczyć na pomoc innych, nie użala nad sobą, nie rozmawia z psychologami i nie roztrząsa w tę i z powrotem momentów tragicznego wypadku. Zginęło w nim pięciu jego kolegów.
– Trafiło na nas. I tyle. Co tu dużo gadać – mówi o sobie i kolegach, którzy 22 stycznia 2025 roku, pracując na oddziale wydobywczym G2, przeżyli wybuch metanu. On miał wtedy niespełna 42 lata.
Jest skoncentrowany na rehabilitacji, bo widzi, że ona przynosi efekty.
A jednak przyznaje, że planował spędzić na kopalni jeszcze osiem lat, chciał pracować tam do pięćdziesiątki. I mówi, że miał dziwne przeczucie na kilka godzin przed tragedią… Czy można więc podzielić życie na przed i po?
Przed: Z chłopakami z oddziału byliśmy zgraną ekipą, zawsze spotykaliśmy się przed pracą na parkingu i razem szliśmy na kopalnię. Po szychcie też spędzaliśmy czas razem, przed oczami mam nasze imprezy barbórkowe. Byłem honorowym dawcą krwi, no i pomagałem rodzicom, bo tata jest inwalidą.
Wypadek: Pamiętam moment wybuchu. Doczołgałem się do cieku wodnego, bo strasznie chciało mi się pić. Nic nie czułem, nic mnie nie bolało. Przed szybem straciłem przytomność. Dwa miesiące później wybudzono mnie ze śpiączki farmakologicznej. Spojrzałem na zabandażowane ręce, zobaczyłem, że mam krótszą nogę.
Po: Przeżyłem, choć nie miałem prawa przeżyć z poparzeniami sięgającymi między 80 a 90 procent powierzchni ciała. Widocznie mam coś jeszcze do zrobienia, tylko nie wiem co. Na razie żadnych znaków nie dostałem. Ale zobaczymy. Mam cel nauczyć się dobrze chodzić z protezą i o kulach. I jak już dojdę do siebie, odwiedzę groby kolegów. Byłem w śpiączce, gdy oni spoczęli na cmentarzach.
Przeczucie
22 stycznia w ruchu Szczygłowice doszło do zapalenia metanu w rejonie ściany XVII pokł. 405/1 i 405/3 na poziomie 1050 metrów. W zagrożonym rejonie znajdowało się 45 pracowników. Siedemnastu poszkodowanych trafiło do szpitali, pięciu z nich niestety zmarło.
Oddział G2, wydobywczy, dopiero zaczynał pracę na swojej zmianie. – Miałem przebłyski, jakieś bardzo złe przeczucie. Nie chciało mi się iść do pracy, nawet spytałem kierownika, czy mnie potrzebuje. Powiedział, że mam zjechać na dół. Pracowaliśmy na wydobyciu, na ścianie, ja byłem kombajnistą – opowiada Mirosław Romańczuk. – Poszliśmy pomóc kolegom, zabezpieczaliśmy chyba wnękę, gdy nagle dmuchnęło, byłem centralnie w epicentrum wybuchu. Nie wiem, czy straciłem przytomność, czy może nie, ale szybko się ocknąłem. Wokół była tylko szarość, wszystko było zadymione.
Obok siebie nikogo nie widział. – Czułem, jak coś grzeje mnie w głowę, a to hełm mi się topił, szybko go zrzuciłem. Potem wziąłem leżącą nieopodal lampkę i ciągnąłem ją za sobą. Myślałem tylko o tym, żeby jak najszybciej wyjść ze ściany i dotrzeć w bezpieczne miejsce. Wnęka była cała, wokół wszystko było rozwalone. Pamiętam, że potwornie chciało mi się pić, czołgałem się przed siebie, aż zobaczyłem rzeczkę. Pochyliłem się i z tego spągu zwilżyłem usta. Później przez telefon słyszałem, jak dyspozytor się pytał, czy ktoś tam jeszcze jest. Ja na to, że ja jeszcze jestem, Romańczuk! Kazali mi iść chodnik niżej, do świeżego powietrza, mówili, że ratownicy już tam po mnie idą. A ja im na to gadam, że nie wiem, czy mi wystarczy siły, żeby dojść – relacjonuje po wielu miesiącach.
Ostatkiem sił dotarł do położonego niżej chodnika. – Patrzę, ratownicy idą, wynieśli mnie do kolejki i kolejką przyjechaliśmy na dworzec. Pamiętam, jak dostałem dwa zastrzyki od lekarza, przykryli mnie folią termiczną, a potem, już pod szybem, straciłem przytomność – opowiada Mirosław Romańczuk. – Nim wyjechałem na powierzchnię po wypadku, minęło sześć godzin – podkreśla.
Ratowanie życia
Górnicy ze Szczygłowic, którzy trafili do szpitali – w Krakowie i Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, mieli od 29 do 50 lat. Lekarze zdiagnozowali u nich rozległe poparzenia – od 35 proc. do nawet 85 proc. powierzchni ciała, a także oparzenia dróg oddechowych.
Mirosław Romańczuk w stanie krytycznym został przetransportowany śmigłowcem do Szpitala Specjalistycznego im. Ludwika Rydygiera w Krakowie. Miał lecieć do Warszawy, ale orzeczono, że nie przeżyłby transportu.
– Rodzina była wtedy pod kopalnią, widziała, jak pakują mnie do helikoptera – wspomina.
Lekarze w Krakowie walczyli o jego życie, wprowadzając go w śpiączkę farmakologiczną. Górnik doznał oparzeń III stopnia, obejmujących ponad 80 proc. powierzchni ciała oraz dróg oddechowych. Ma za sobą operacje i przeszczepy skóry. Niestety, konieczna była również amputacja nogi do kolana oraz wszystkich palców u obu rąk do połowy.
Po dwóch miesiącach od wypadku Mirek został wybudzony ze śpiączki. – Nic mi się nie śniło, niczego nie pamiętam. Spojrzałem w dół, noga była krótsza, amputowana poniżej kolana, miałem też zabandażowane ręce. Dowiedziałem się, że miałem złamaną nogę. Wtedy dopiero, powoli zaczęło dochodzić do mnie, co się stało. Jak widziałem zdjęcia, które były robione przy operacji, to do dzisiaj nie chcę do nich wracać – przyznaje górnik.
W krakowskim szpitalu spędził aż dziewięć miesięcy. Pierwsze dwa – w śpiączce, kolejne siedem na OIOM-ie. Pod koniec 2025 r. wrócił do domu.
– To był ciężki czas, byłem w o wiele gorszym stanie niż dzisiaj. Denerwowałem się, że nie mogłem nic zrobić, ja zawsze byłem w ruchu, nie jestem nauczony bezczynnego siedzenia. Poprosiłem syna o śrubokręt, a potem pomyślałem, że przecież go nawet dobrze nie chwycę – mówi. – Na początku 2026 r. znów wróciłem do Krakowa na operację plastyczną ucha i dłoni. A jak się trochę podgoiłem, to trafiłem do Katowic-Szopienic, do NeuroKliniki na rehabilitację. Chcę chociaż połowę odzyskać ze sprawności, którą miałem przed wypadkiem. Na razie idę do przodu, jestem bardzo zmotywowany. Skoro przeżyłem, to widocznie ma to jakiś sens, nie poddaję się – podkreśla.
Postępy
W katowickiej klinice będzie przebywał do połowy czerwca. To prywatny ośrodek, z nowoczesnymi urządzeniami, pobyt w nim kosztuje ponad 30 tys. zł miesięcznie. Mirek ćwiczy przez cztery godziny dziennie, z protezą i bez. Na urządzeniu Luna rehabilitanci walczą o rozruszanie jego stopy. W wyniku wybuchu metanu porażony został m.in. mięsień piszczelowy, więc stopa opada. Poprawa na razie jest minimalna, efekty wymagają czasu.
Rehabilitanci przyznają, że ogólne postępy są widoczne. – Dzisiaj pan Mirosław wstaje bez problemu, a przy pierwszej pionizacji widać było głównie drżenie mięśni. Nie wygoiła się natomiast do końca rana po amputacji nogi, więc są problemy z przymiarkami protezy – tłumaczą rehabilitanci.
Trzy razy w tygodniu Mirosław Romańczuk jeździ na dializy do szpitala w Murckach. Z powodu następstw wypadku jego nerki nie pracują. – Dializy trwają cztery godziny, po nich jestem wykończony. Lekarze mówią, że jak się będę więcej ruszał, to może i nerki wrócą do normy – mówi górnik.
Ma też problemy ze słuchem, nosi aparat. – Leki, które mi podawano, by uratować życie, tak niestety działają. Na jedno pomogły, ale uszkodziły mi słuch – tłumaczy Mirek. – Wkrótce pojadę znów do Krakowa na kolejną operację plastyczną, drugiego ucha i drugiej dłoni. No i zobaczymy, co jeszcze lekarze wymyślą – uśmiecha się.
Cały czas przyjmuje leki. – A przed wypadkiem nie wiedziałem, co to lekarz, w ogóle nic mi nie dolegało. Oddałem ponad 20 litrów krwi, mam wszystkie odznaczenia przyznawane honorowym dawcom – opowiada.
Podczas jednej z wizyt w Krakowie Mirosław Romańczuk spotkał lekarza, który się nim zajmował. – Niewiele mówił, był taki wzruszony, jak mnie zobaczył. Z takimi poparzeniami nie miałem prawa przecież żyć. Lekarze mówią, że przy poparzeniach sięgających 60 proc. powierzchni ciała bardzo trudno jest uratować człowieka – przyznaje pan Mirosław.
Jest w stanie zrobić sobie kawę czy herbatę, bułki nie przekroi. Czyta esemesy na zegarku, odpowiada na nie wystukując litery rysikiem albo głosem wybiera rozmówców.
Często wspomina kolegów, z którymi pracował, odwiedzają go do dzisiaj. – Byliśmy taką zgraną ekipą, niektórzy nie przeżyli wybuchu, niestety – mówi smutno. – Z opowieści chłopaków wiem co nieco, jak wyglądał wypadek. Jeden z kolegów, który przeżył, miał wytatuowaną na ręce św. Barbarę. Ręka została poparzona, ale tatuaż był nienaruszony.
Wcześniej
Pracę na kopalni rozpoczął w 2011 r., 9 maja, w swoje urodziny. Do pracy miał kilka minut, jeździł autem albo rowerem. Na kopalni Szczygłowice fedrowali jego tata i dziadek.
– Tata na szybach wentylacyjnych – mówi. – Ja przed kopalnią pracowałem jeszcze w firmie na terenie KSSE w Gliwicach, potem się zdecydowałem na grubę. Zaczynałem jak każdy od prostych rzeczy, byłem na taśmociągu, potem zrobiłem kursy, dostałem uprawnienia i zostałem kombajnistą. Przeżyłem tąpania, wycofywania ze ściany. Ta, na której pracowałem, była najbardziej metanowa. Mój syn w tym roku kończy 18 lat, też myślał o pracy na kopalni. Ale po moim wypadku już zmienił zdanie – dodaje.
Akcja ratownicza w ruchu Szczygłowice po wybuchu metanu w styczniu 2025 r. zakończyła się 8 lutego 2025 r. Wzięło w niej udział prawie 600 zastępów ratowniczych z kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej, Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego oraz Polskiej Grupy Górniczej.
Dzisiaj
Przywracanie sprawności i zdrowia Mirosława Romańczuka nadal trwa. Jest pod opieką Fundacji „Podaruj Dobro”, która zbiera środki na jego rehabilitację i nowoczesną protezę. Każdy może pomóc.
Daniel Kocur, prezes Fundacji przyznaje, że lekarze dokonali cudu, ratując pana Mirosława. – Medycyna zna mało przypadków uratowania człowieka z tak rozległymi poparzeniami. Kwotę ze zbiórki chcemy przeznaczyć między innymi na bardzo specjalistyczną rehabilitację. To skomplikowany i długotrwały proces, a teraz trzeba skupić się na jakości życia pana Mirosława. Możemy się przyczynić do tego, nawet małymi cegiełkami, by ją poprawić. Na ten moment środków ze zbiórki starczy nam niestety zaledwie na miesiąc – dodaje.
Jeśli ktoś chciałby wesprzeć pana Mirosława w walce o zdrowie, może to zrobić poprzez Fundację „Podaruj Dobro”.