Pracownik wie lepiej

Zawieska wiktor JECH

fot: Jerzy Chromik

Bez pracownika nie można ocenić ryzyka zawodowego - podkreśla Wiktor M. Zawieska

fot: Jerzy Chromik

Dr hab. inż. Wiktor M. Zawieska, zastępca dyrektora ds. techniki i wdrożeń w Centralnym Instytucie Ochrony Pracy-Państwowym Instytucie Badawczym:

- Ocena ryzyka zawodowego jest podstawą działań na rzecz skutecznego tworzenia bezpiecznych warunków pracy. Całkowicie nieprawdziwym jest mniemanie, że do tego rodzaju analiz predestynowani są wyłącznie specjaliści. Czy może to robić szeregowy pracownik? Chcę odpowiedzieć zupełnie jednoznacznie i z całą mocą: bez jego udziału ocena ryzyka zawodowego jest w ogóle niemożliwa.

Przecież właśnie on, wykonując codzienne czynności na konkretnym stanowisku, tak naprawdę jest najlepiej zorientowany, z jakiego rodzaju zagrożeniami ma do czynienia, co może być trudne, niebezpieczne, lub przekraczające jego możliwości. On może nie potrafić tego usystematyzować, odnieść do obowiązujących kryteriów, np. najwyższych dopuszczalnych stężeń czynników szkodliwych, może nie mieć pełnej wiedzy o tym, co tak naprawdę może na tym stanowisku stanowić bezpośrednie zagrożenie dla życia i zdrowia. Ale taka ocena zaczyna się od niego i bez jego udziału jest niemożliwa do przeprowadzenia. Nieodzowny jest też udział zakładowych społecznych inspektorów pracy i zawodowych służb BHP.

Z czego składa się ocena ryzyka zawodowego? Punktem wyjścia jest swoista fotografia stanowiska pracy. Fotografia, rozumiana jako stwierdzenie, na jakiego rodzaju zagrożenia jest wystawiony pracownik: czy to jest hałas, nadmierne zapylenie, drgania, niewłaściwe oświetlenie, czynniki chemiczne…?

Następnym krokiem po tej identyfikacji jest oszacowanie następstw pozostawania w zastanym środowisku pracy. Albo więc pracownik ocenia, że wszystko jest OK, albo – jeżeli dochodzi do wniosku, że ma do czynienia z ryzykiem średnim lub dużym – powinien natychmiast domagać się podjęcia działań, powodujących redukcję zagrożeń na stanowisku pracy, czyli zastosowania odpowiedniej profilaktyki. W skrajnych przypadkach powinna nastąpić zmiana procesu technologicznego. fot.: jerzy chromik

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Amfetamina w kiełbasie, wódka w pomarańczy. Kiedy wyszło na jaw, że w kopalniach zdarzają się przypadki pracy na haju?

Wiecie, kiedy po raz pierwszy wyszło na jaw, że w kopalniach zdarzają się przypadki pracy na tzw. haju? Pewnie nie, ale ja Wam podpowiem. To był 2011 rok. Wówczas w ręce policjantów wpadło pięciu mężczyzn, którzy na terenie katowickiej kopalni Wieczorek handlowali marihuaną. Skoro handlowali, no to pewnie byli tacy, którzy ją kupowali, a następnie używali przed pracą albo w czasie szychty. No i pojawił się nowy problem. 

O co chodziło w tym proteście? Ufam, że nie o czyjeś partykularne interesy

Wakacje się skończyły, a na zakończenie byłem pod czeską Pragą na Dniu Czołgowym i w świetnym Muzeum Lotnictwa. Kiedy czytacie te słowa, jestem na Słowacji na Dniach Salamandry w Bańskiej Szczawnicy, czyli miejscowym święcie górników, geologów, nafciarzy, geodetów i paru jeszcze pokrewnych branż. Zresztą w mediach pojawiły się już poważniejsze tematy.

Jerzy Markowski: „Nie obawiam się o perspektywy dla węgla”

Kredyt z Banku Światowego na restrukturyzację górnictwa, zadłużenie spółki węglowej wobec gminy Bytom, przyszłość węgla i uczniów szkół górniczych. O tym pisaliśmy dokładnie 30 lat temu w „Trybunie Górniczej” z 5 września 1996 roku.

Żyjemy na śladach górnictwa i to się w naszym regionie nie zmieni

Rozmowa z MARTĄ TOMCZOK, prof. dr hab. Uniwersytetu Śląskiego