Polskie stocznie zostały potraktowane wyjątkowo niesprawiedliwie
Mam nieodparte wrażenie, że Polska, polski rząd, polskie stocznie uczestniczą w jakimś szaleństwie. I w zasadzie byłoby to zabawne, gdyby nie fakt że \"zabawy\" polityczno-gospodarcze mogą mieć dramatyczny wpływ na losy tysięcy ludzi.
Zacznijmy od banału. Mamy ciężki kryzys gospodarczy. Światowa gospodarka przeżywa jeden z najtrudniejszych momentów w dziejach. Rządy poszczególnych państw, w tym europejskich, na wszelkie możliwe sposoby ratują swoje przedsiębiorstwa. \"Wszelkie możliwe sposoby\" oznacza głównie jeden sposób - bezpośrednie lub pośrednie \"dosypywanie\" kasy firmom lub całym branżom zagrożonym kryzysem. Pomoc liczona jest - globalnie - w setkach miliardów dolarów. Poszczególne - duże - firmy korzystają z dotacji liczonych w miliardach. Pomoc trafia do arcybogatych do niedawna banków i do firm motoryzacyjnych. Nie ma bodaj branży, która nie korzystałaby z pomocy państwa. Z jednym wyjątkiem. Otóż Polska nie może pomagać swoim stoczniom.
Brukselska biurokratka Neelie Kroes doprowadziła już do faktycznej likwidacji stoczni w Szczecinie i Gdyni. Skala kwestionowanej pomocy publicznej dla tych firm stanowiła ułamek tego, co jest dziś rozdawane w Europie. Mimo to zniszczono miejsca pracy. Teraz okazuje się, że w swoim liście pani Kroes kwestionuje także zasadność dalszego istnienia sprywatyzowanej już stoczni w Gdańsku.
I prawdę mówiąc, uważam, że mamy tu do czynienia ze skandalem podwójnym. Po pierwsze, nie rozumiem, co to jest za dokument \"list pani komisarz\". Czy to jakaś decyzja? Czy to oficjalne wystąpienie? Czy tylko bajanie? A może \"luźne uwagi na temat...\". Nie uznaję takiej polityki. I tu mamy skandal drugi. Od jesieni postawa polskiego rządu w sprawie polskich stoczni jest co najmniej dwuznaczna. W świecie pełnym gospodarczego interwencjonizmu rząd zdecydował się na likwidację potężnych stoczni, produkujących - bardzo ważna uwaga - nowoczesne statki. Stoczni, które po koniecznych zmianach (m.in. zwiększenie efektywności pracy) mogły obronić swoją pozycję na rynku. Niestety, sprawę tę rząd odpuścił. Teraz również - jak na razie nie docierają do mnie też żadne twarde odpowiedzi na najnowsze \"bajania\" komisarz Kroes. Mam wrażenie, że rząd wyjątkowo miękko reaguje na wszystkie wystąpienia w sprawie stoczni.
Co więcej - gdyby założyć, że rząd godził się na kontrolowaną upadłość polskich stoczni, aby ratować branżę, to można przyjąć, że się to nie uda. Bo w czasach kryzysu trudno będzie o mocnych inwestorów branżowych. Co więcej - już docierały głosy z Brukseli, że stocznia w Gdyni powinna być tak sprzedawana, aby nie prowadzić tam produkcji statków...
Oczywiście, można przyjąć, że stocznie zasłużyły na likwidację, gdyż nie zreformowały się na czas i żyły z pomocy publicznej. Problem w tym, że takiego liberalnego podejścia polski rząd nie prezentuje np. w sprawie dopłat do emerytur górników czy rolników. Rokrocznie te dwa cele pochłaniają wielokrotność kwot, o które toczy się spór z Brukselą. W zasadzie już chyba nawet nie toczy. Bo stocznie oddano praktycznie bez walki. Polski stoczniowiec nie zasłużył na potraktowanie takie jak holenderski bankowiec czy francuski monter samochodów. A pani komisarz Kroes ma \"pole do popisu\", jak to broni zasad wolnego rynku. Szkoda, że nie wszędzie tak samo. I szkoda, że robi to całkowicie bezkarnie. Bo w jakąkolwiek skuteczną reakcję polskiego rządu już nie wierzę.