fot: Kajetan Berezowski
Seks, polityka, wielkie pieniądze. Przypadki Wojciecha Skoczyńskiego rzeczywiście są wyjątkowe, on zaś postawił wszystko na jedną kartę, jak w dobrej amerykańskiej powieści
fot: Kajetan Berezowski
Jest człowiekiem ze wszech miar oryginalnym. Zdążył już zorganizować dwie stypy po sobie samym. Jedną z udziałem kolegów, absolwentów Wydziału Górnictwa i Geologii Politechniki Śląskiej, drugą w Legnicy, gdzie wspólnie bawił się z dawnymi współpracownikami. – Teraz mogę przynajmniej umierać z czystym sumieniem – żartuje Wojciech Skoczyński.
Życie miał barwne. Znaczną jego część poświęcił zarządzaniu górniczymi firmami – od KOMAG-u po KGHM. Opatentował szereg technologii i konstrukcji budowy maszyn w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Rosji. W wydanej przez siebie książce, zatytułowanej „Podróż z przygodami z Borysławia do Gliwic”, z właściwą sobie swadą opisał perypetie, które były jego udziałem w blisko 50-letniej karierze.
Seks, polityka, wielkie pieniądze. Przypadki Skoczyńskiego rzeczywiście są wyjątkowe, on zaś postawił wszystko na jedną kartę, jak w dobrej amerykańskiej powieści.
– Gdy stuka osiemdziesiątka, to można pozwolić sobie na coś więcej. W każdym razie nikt żadnego procesu mi jeszcze nie wytoczył – przekonuje, zapraszając do lektury książki.
Wesoły powrót
Pewnego razu, na zakończenie delegacji w ZSRR, jak szefowałem w KOMAG-u, zaprosiliśmy naszego opiekuna, wicedyrektora departamentu energomaszynowego w ministerstwie, na pożegnalną kolację do restauracji dla cudzoziemców na lotnisku Szeremietiewo.
Balujemy sobie elegancko, godzinę przed odlotem Kowalenko prosi o paszporty, ażeby załatwić formalności i zaprowadzić nas prosto do sali odlotów. Na całym świecie paszporty się tylko przedstawia i nosi przy sobie, ale nie w „Sawieckom Sajuzie”. Tam się oddawało w hotelu i odbierało przed wyjazdem.
– Witia – pytam się – to ty nie odebrałeś naszych paszportów z hotelu? To, że z wyjazdu nici, to pikuś, ale Witia Kowalenko sprawował nad nami opiekę i ze łzami w oczach wyznał: – Ja do kańca mojej żyzni z Sojuza nie wyjedu na delegacju.
Jurek Kubica, trzeci delegowany, zwyczaje znał i paszport z hotelu odebrał, wsadziliśmy go do sali odlotów w stanie dużej nieważkości, poprosiłem, żeby w Polsce zadzwonił do mojej żony, że jej skarb przyleci jeden dzień później. Dwunasta w nocy, w hotelu telefon. Dzwoni Jurek Kubica, pytam się go, czy dał znać Hani.
– Wojtek, ja do ciebie dzwonię z lotniska Szeremietiewo, nie udało mi się polecieć.
Przypuszczam, że zasnął w sali odlotów.
Dzwonię do Kowalenki, a ten prawie się rozpłakał z powodu następnego nieszczęścia i dał polecenie: – Niech Kubica podejdzie do dyżurnego milicjanta, wylegitymuje się paszportem i do rana, kiedy Kowalenko przyjedzie, niech siedzi na ławce, nie oddala się i czeka, aż Kowalenko odbierze go rano. Zdarzeń w KOMAG-u miałem multum. Wiele z nich było mieszanką techniczno-satyryczną, ale, jak mówili starzy Rzymianie, „satis”, a Radzianie „chwatit”.
To ci baran!
W hucie „Głogów”, do której trafiłem z górnictwa, dozór był kompletnie zdezintegrowany. Zdawałem sobie sprawę, że trzeba podjąć jakieś działanie integracyjne. Poprosiłem Zbyszka Pachonia: – Zbysiu, zrób spotkanie dozoru pierwszej zmiany po pracy, kupcie barana, upieczcie go, zróbcie spotkanie w jakiejś leśniczówce, skrzynkę wódki i niech sobie wygarną, co potrzeba, ale niech to się przyczyni do współpracy. Za tydzień przy raporcie Zbysio referuje: – Panie dyrektorze, dziś o 15 zapraszamy, jest baran, tak jak pan powiedział. Dobrze, Zbysiu, będę. Coś mi się za szybko wydawało, jak na dobrze zrobionego barana, ale pal sześć, jadę.
Trafiłem, gdzie należy, a tam od groma luda, baran się kręci, toasty lecą, sprawa rozwija się dobrze. Po półgodzinie przynoszą mi porcję baraniny, a to zupełnie surowe mięso. Pytam więc: – Zbysiu, jak wyście go przygotowali?
– Ano, panie dyrektorze, ekipa rano pojechała, zarżnęła barana, do pierwszej go oskórowali i dali na ognisko.
Oni nie mieli pojęcia, że barana się szpikuje słoniną wędzoną, marynuje przez tydzień, piecze w piecu chlebowym, polewając sosem, a ognisko jest tylko do utrzymania temperatury. I taki to był materiał ludzki, chęci mieli dobre, z umiejętnościami gorzej.
O stosunkach międzyludzkich
Jak byłem dyrektorem w Nowej Rudzie, to w każdy poniedziałek wysłuchiwałem obowiązkowo skarg i zażaleń. Przychodzi do mnie starsza pani, po sześćdziesiątce i intonuje:
– Panie dyrektorze, mój mąż – tu nazwisko, oddział, numer znaczka – nie utrzymuje ze mną stosunków. – Jakich? – pytam. – Płciowych, panie dyrektorze, płciowych.
Ja zdębiałem, ale rzutem na taśmę wymyśliłem sposób.
– Proszę pani, stosunki płciowe, to są stosunki międzyludzkie, tym się zajmują związki zawodowe – i odesłałem ją do przewodniczącego Rady Zakładowej.
Dla tych Czytelników, którym spodobały się fragmenty wspomnień Wojciecha Skoczyńskiego, mamy dobrą informację. Wkrótce opublikujemy jego książkę w odcinkach na łamach portalu nettg.pl.