Ostatnia szychta Felka

fot: Katarzyna Zaremba-Majcher

Umowa społeczna to dokument, który ma zapewnić stabilne funkcjonowanie kopalń i stopniowe odchodzenie pracowników przez dwie dekady

fot: Katarzyna Zaremba-Majcher

Mówią, że przed Barbórką o wypadek jest łatwiej niż kiedy indziej. I powiem wam, że z mojego doświadczenia to jest najprawdziwsza prawda. Ludzie się spieszą nie wiem dokąd.

Kiedyś górnicy ginęli, bo trzeba było gonić za wszelką cenę plan. Były dodatkowe premie i nagrody. Ludzie pracowali na zdwojonych obrotach. Zmęczeni i rozkojarzeni myśleli o pieniądzach, a zapominali o niebezpieczeństwie. Teraz jest inaczej, ale obecne warunki rodzą podobne stresy jak poprzednie. Dlatego dyrekcje kopalń apelują o szczególną mobilizację, zarządzają dodatkowe kontrole stanowisk pracy i urządzeń technicznych.

Zapominamy jednak, że przecież naszej pracy zawsze towarzyszy niebezpieczeństwo. I my wszyscy odpowiadamy za to, by je minimalizować. Tak spoglądam do mojego notatnika i co widzę? Lata sześćdziesiąte: przyczyną większości wypadków były warunki naturalne. Górnicy ginęli na skutek zawałów, tąpnięć, pożarów i wybuchów metanu. Służby ratownicze starały się za wszelką cenę unicestwić zabójcze żywioły. Dzisiaj, gdy najnowsze wynalazki techniki zdają się trzymać naturę w ryzach, wrogie człowiekowi okazują się urządzenia. Wszystkie dostępne statystyki jednoznacznie wskazują, że wypadki z przyczyn naturalnych stanowią mniej niż jedną trzecią wszystkich zdarzeń. Powodem reszty jest kontakt człowieka z maszyną. Niezwykle interesujące okazały się badania nad stanem emocjonalnym i zachowaniami górników pracujących pod ziemią. Moje dane, które przez lata gromadziłem, wskazują, że wysokie napięcie nerwowe wpływa w sposób destrukcyjny na psychikę człowieka do tego stopnia, że może on stracić kontrolę nad czynnościami, które wykonuje i tym samym narazić na niebezpieczeństwo wypadku siebie i innych.

Powodem wzrostu liczby wypadków bywają przede wszystkim sytuacje konfliktowe. Ktoś coś komuś powiedział, krzyknął, zaklął i już zwiększa się prawdopodobieństwo, że stanie się coś złego. Dlatego przed Barbórką wszystkich was proszę: chłopy szanujcie się nawzajem, szanujcie swoją robotę i baczcie, jeśli wam życie i zdrowie miłe, żebyście przypadkiem nie nabroili. A żebyście moje słowa do serca wzięli, opowiem wam dziś historię o Felku, który zawsze robił to, na co mu ochota przyszła. Wreszcie miarka się przebrała. A stało się to w pochylni transportowo-wentylacyjnej, w odległości ok. 205 m od skrzyżowania z chodnikiem wentylacyjnym na trasie kolejki spągowej w pokładzie 315 na poziomie 288-461 metrów. Pochylnia transportowa o nachyleniu około 18 stopni wykonana została w obudowie BP-8. Na spągu zabudowany byt tor kolejki typu Becker-Pioma.

Wzdłuż ociosu południowego zainstalowano linkę awaryjnego zatrzymania kolejki spągowej. Jej stację napędową usytuowano w chodniku wentylacyjnym, w odległości około 25 m od pochylni transportowej, zaś stacja zwrotna w chodniku kierunkowym miała swoje miejsce w odległości około 40 m od skrzyżowania z pochylnią. Na tydzień przed Barbórką, dokładnie o północy, sztygar zmianowy oddziału likwidacyjnego zatrudnił w pochylni wentylacyjno-transportowej pięcioosobową brygadę pracowników do transportu sekcji obudowy zmechanizowanej kolejką spągową. Czterech pracowników, w tym górnik przodowy, wsiadło na zestaw transportowy celem zjechania pochylnią na dolną stację. Mieli tam dokonać załadunku sekcji.

Jeden z pracowników pozostał przy napędzie kolejki do jej obsługi. Zestaw transportowy składał się kolejno z wózka hamulcowego z kabiną przystosowaną do przewożenia ludzi, wózka z bębnem na linę rezerwową oraz z platformy transportowej o szerokości 1,5 m, znajdującej się na początku zestawu w kierunku jazdy. Ale po co jechać w kabinie, skoro można sobie wskoczyć na platformę wentylacyjną i wywijać nogami? Lepiej pożartować przed szychtą, pokazać, jakim się jest silnym. Felek to lubił. W czasie jazdy kolejką, w odległości ok. 205 m od pochylni wentylacyjnej, jadąc właśnie na platformie, wysunął prawą nogę. Co się stało? Lepiej nie mówić.

Jego noga została pochwycona pomiędzy zespół krążników odchylnych, zabudowanych na torze pomiędzy szynami a platformą. Teraz ma po nodze. Urwało mu ją na wysokości uda. Ruch kolejki został natychmiast zatrzymany przez drugiego górnika jadącego zestawem transportowym jednym pociągnięciem linki awaryjnego zatrzymania. Felek, po udzieleniu mu pierwszej pomocy przez kolegów, został wytransportowany kolejką do chodnika wentylacyjnego i wozem sanitarnym pod szyb. Taki finał miała jego ostatnia szychta.

 

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Od kopalni Max do Parku Tradycji

Historia kopalni Michał w Michałkowicach, dziś dzielnicy Siemianowic Śląskich, to opowieść o narodzinach przemysłowego miasta, dramatycznych wojennych losach i powojennej transformacji przestrzeni poprzemysłowej w miejsce pamięci i kultury.

Wojciech Balczun: Orlen nie prowadzi rozmów ws. zakupu rafinerii Schwedt

Orlen nie prowadzi obecnie negocjacji dotyczących zakupu rafinerii Schwedt ani objęcia udziałów w niemieckiej spółce PCK Schwedt - poinformował minister aktywów państwowych Wojciech Balczun w odpowiedzi na poselską interpelację.

Koniec rosyjskiego gazu szansą dla Polski. Rośnie znaczenie tranzytu

Znaczenie Polski jako kraju tranzytowego w handlu gazem ziemnym może wzrosnąć w najbliższych latach dzięki całkowitemu wycofaniu się UE z importu gazu z Rosji, przy utrzymującym się popycie na to paliwo – wskazali analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Górnicy jeździli tam elektryczną kolejką już ponad 50 lat temu. Niezwykła historia kopalni Jan

Już dwukrotnie wspominałem o doświadczalnej, zautomatyzowanej kopalni Jan, która powstała w 1968 r. na części kopalni Wieczorek. W odróżnieniu od otwieranej dekadę temu kopalni Bzie-Dębina miała ona dwa szyby i wypełniała definicję kopalni. Stanowiła w istocie koncentrację osiągnięć naukowo-technicznych polskiego górnictwa węgla kamiennego z całym intensywnie rozwijanym zapleczem.