Odrobił swoje i buja w obłokach

Siodloczek mariusz JECH

fot: Jerzy Chromik

Mariusz Siodłoczek (jeszcze) w prawym fotelu AN-26

fot: Jerzy Chromik

Swój lot po pierwszy diament do złotej odznaki szybowcowej Mariusz Siodłoczek zakończył... w pasiece. Awaryjnie lądował kilometr od lotniska. Szybowiec poszedł w rozsypkę, natomiast on sam – nie licząc opuchlizny po pokąsaniu przez pszczoły – wyszedł z tej przygody bez szwanku.

Diament jest najcenniejszą postacią węgla. W tym sensie całe życie 47-letniego Mariusza Siodłoczka zostało zdeterminowane przez ten minerał. Z węglem kamiennym przez 25 lat obcował w kopalni „Jankowice”, w pogoni za tym najszlachetniejszym – wylatał 1350 godzin na szybowcach.

Siodłoczek jest rybniczaninem z górniczym rodowodem. Jego ojciec pracował w radlińskim „Marcelu”, wujek w – dziś zabytkowej już – niewiadomskiej kopalni „Ignacy”. Ten drugi, zanim zginął w wypadku samochodowym, był również organistą w tutejszym kościele.

Z głową w chmurach

– Prawda, wywodzę się z górniczej rodziny, ale, szczerze mówiąc, jako młodzieniec nigdy nie myślałem o pracy w kopalni – wyznaje Siodłoczek.

Już w szkole podstawowej uległ zauroczeniu przestworzami i lotnictwem.

– To oczarowanie zaszczepił we mnie Janek Foks, niesamowity gość, który w Niedobczycach zarażał małolatów fascynacją modelarstwem. Pod jego okiem z niczego – bo wtedy nie było jeszcze sklepów z modelami do sklejania – budowałem pierwsze konstrukcje szybowców, jeździłem po różnych lotniskach na zawody, drżąc, aby moje cacko jak najdłużej utrzymywało się w powietrzu. Tak przechodziłem pierwsze lekcje zasad aerodynamiki, wyczucia pogody, wyważania, kierowania modelem, a też cierpliwości i pracowitości – wspomina tamtą chłopięcą przygodę.

Zabawa zabawą, a życie życiem. W 1980 r., w rybnickim Technikum Mechanicznym, Siodłoczek uzyskał dyplom technika-elektryka. Miał więc w ręku świadectwo dojrzałości, a przed sobą... pobór do wojska. Górnictwo było wtedy popularną furtką ucieczki przed zasadniczą służbą. Wybrał „Jankowice”. W tej kopalni pozostał nie dwa zaplanowane pierwotnie lata, konieczne do „odrobienia” wojska, lecz przeszło 25 lat.

– Przez 13 lat „chodziłem” na dół jako elektryk, potem – jako sztygar zmianowy. Cały czas na froncie wydobywczym, w utrzymaniu ruchu – wspomina czasy, gdy o sile polskiego górnictwa stanowiły supernowoczesne kombajny „Elektra”, zasilane napięciem 3300 V. Po odbębnieniu szychty na dole uciekał na lotnisko rybnickiego Aeroklubu w Gotartowicach. Wabikiem były... diamenty.

Przedwczesna euforia

W szybownictwie miarą doskonałości są trzy diamenty. Pierwszy uzyskuje się za przelot co najmniej 300 km po trasie zamkniętej. Drugi – za dystans 500 km po trasie dowolnej. Trzeci – za 5 tys. metrów przewyższenia, czyli za samodzielne osiągnięcie takiej wysokości, mierzonej od momentu zwolnienia z holu. Siodłoczek skompletował całą tę diamentową kolekcję do swojej szybowcowej odznaki.

Pieniądze nie zastąpią umiejętności

Ze wspomnianym lądowaniem w pasiece było tak: – Wylecieliśmy w siedmiu. Koledzy albo powracali, albo lądowali w polu. Ja dotarłem na punkt zwrotny nad Wrocławiem i wracałem. Nad Elektrownią „Rybnik” – po zaliczeniu 340 km – znajdowałem się jeszcze na pułapie 500 m. Pomyślałem „do lotniska wystarczy”. Przyjaciele nakręcali mnie przez radio: „udało ci się, diament masz w ręku”. Byłem szczęśliwy. Za wcześnie. Zjadła mnie euforia. Skończyło się na przyziemieniu w ogrodzie pośród uli. Ten epizod był lekcją respektu dla natury – wspomina Siodłoczek.

Tej pokory, już w roli instruktora, rybniczanin uczy dziś młodych adeptów szybownictwa.

– Teraz młodzi ludzie z zamożnych rodzin podchodzą do latania na luzie. Wyznają zasadę: mam pieniądze, więc stać mnie, żeby zafundować sobie przygodę. Na ogół nie zdają sobie sprawy, ile potrzeba wiedzy, czasu i wyrzeczeń, aby opanować tajniki pilotażu. Trzeba przecież poznać budowę szybowca, mechanikę lotu, posiąść wiedzę z zakresu łączności radiowej, meteorologii, nawigacji... Nieprzypadkowo więc już na pierwszym spotkaniu pytam ich: czy masz świadomość, że ta „zabawa” może być niebezpieczna? I wyjaśniam im moje credo: to jest niebezpieczne dla ignorantów, dla ludzi, którym się wydaje, że można ot, przyjść, wsiąść i polecieć – mówi.

Po 1350 godzinach, wylatanych na Bocianach, Puchaczach, Muchach, Piratach i Jantarach, po epizodzie z narodową kadrą juniorów, Mariusz Siodłoczek realizował kolejne marzenie: cały czas chodziło mu po głowie, żeby zostać pilotem liniowym...

– Szkolenie na samolotach rozpocząłem w 1984 r. W rybnickim Aeroklubie bardzo mocna była wtedy sekcja akrobatyczna. Był moment, że i w tej dziedzinie latania stałem się „wyczynowcem”. Choć prawdę powiedziawszy, podczas kilku zawodów płaciłem jedynie frycowe, pozostając na szarym końcu klasyfikacji – śmieje się z przygody na ZLIN-ach.

Także przy kręceniu samolotowych figur nie obyło się jednak bez mocnych wrażeń.

– ZLIN doskonale uczył techniki i precyzji pilotażu. Za sterami tej maszyny przeżyłem przeciążenie plus 9 i 4,5 w minusie. Nie wnikając w niuanse, są to sytuacje, kiedy pilotowi na kilka sekund robi się ciemno przed oczyma. Pamiętam trening, kiedy miałem wykonać korkociąg plecowy z jedną i trzema czwartymi zwitki. Bodaj za mocno dodałem gazu i samolot dołożył chyba trzy dalsze zwitki. Po wyprowadzeniu maszyny z korkociągu i wylądowaniu koledzy pytali, czy wiem jak byłem nisko...

Podziw kolegów

O lotniczych fascynacjach gawędziłem z Mariuszem Siodłoczkiem na lotnisku w Pyrzowicach, tuż przed kolejnym rejsem do Lipska po przesyłkę cargo. W eleganckiej, białej koszuli z trzema belkami pierwszego oficera na naramiennikach, zasiadał w prawym fotelu w kokpicie samolotu AN-26. Marzeniem Siodłoczka jest czwarta belka i przeniesienie się na lewy, kapitański fotel. Jako szybownik chciałby natomiast zaliczyć jeszcze przelot na dystansie 1000 km.

W „Jankowicach” bywa już tylko jako górniczy emeryt.

– Kiedy w lotniczym mundurze pojawiłem się niedawno w cechowni, natychmiast obstąpili mnie dawni koledzy. Musiałem odpowiadać na dziesiątki pytań. Dyrektor zatrzymał mnie na prawie półtorej godziny. Spodziewam się pewnego zaproszenia na Barbórkę.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Nagroda za pamięć o zamordowanym bracie górniku

Za nami wyjątkowa Gala wręczenia Nagrody „Czarny Diament Wolności”, która odbyła się w Śląskim Centrum Wolności i Solidarności im. Dziewięciu Górników z „Wujka” w Katowicach. Tegoroczną laureatką prestiżowego wyróżnienia została Magdalena Pelc - która od lat pielęgnuje pamięć o swoim bracie Zbigniewie Wilku, jednym z Dziewięciu z „Wujka”.

100 szefów kuchni, 20 stref i jeden wielki cel. 13 września Kulinarny Ogień rozgrzeje TAURON Park Śląski

Wielki finał charytatywnej akcji Kulinarny Ogień 13 września 2026 r. w TAURON Parku Śląskim. Na gości czekać będzie blisko 100 szefów kuchni, 20 autorskich stref kulinarnych, koncerty i atrakcje dla całych rodzin. A przede wszystkim – wspólny cel: wsparcie budowy pierwszego na Śląsku stacjonarnego hospicjum dla dzieci „TuSieTuli”. Organizatorzy chcą podczas finału zebrać minimum 250 tys. zł. 

80 lat SITG w Rybniku: Wspólnota, tradycja i przyszłość

Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Górnictwa Oddział w Rybniku świętuje jubileusz 80-lecia działalności. Z tej okazji w dniach 4–6 września 2026 roku zorganizowano uroczyste obchody, połączone z nadaniem odznaczeń oraz wydarzeniami kulturalnymi i integracyjnymi.

Amfetamina w kiełbasie, wódka w pomarańczy. Kiedy wyszło na jaw, że w kopalniach zdarzają się przypadki pracy na haju?

Wiecie, kiedy po raz pierwszy wyszło na jaw, że w kopalniach zdarzają się przypadki pracy na tzw. haju? Pewnie nie, ale ja Wam podpowiem. To był 2011 rok. Wówczas w ręce policjantów wpadło pięciu mężczyzn, którzy na terenie katowickiej kopalni Wieczorek handlowali marihuaną. Skoro handlowali, no to pewnie byli tacy, którzy ją kupowali, a następnie używali przed pracą albo w czasie szychty. No i pojawił się nowy problem.