fot: ARC
Nie miałem łatwej drogi, by trafić do reprezentacji kraju i do najlepszych klubów - mówi Leszek Laszkiewicz, najlepszy polski hokeista
fot: ARC
Po mistrzostwach świata w hokeju na lodzie dywizji 1 w Toruniu, w których zajęliście dopiero 4. miejsce, złośliwi mówili o was, że walczyliście jak nigdy, a przegraliście jak zawsze. Czego zabrakło Polakom, by awansować do elity światowego hokeja?
- Moim zdaniem brakowało nam przygotowania atletycznego. Jak gramy z takimi zespołami, jak Włochy, Ukraina czy Wielka Brytania, to nasza siła jest mniejsza. Zaangażowanie z naszej strony i determinacja były duże, ale w kwestii przygotowania fizycznego ustępowaliśmy najgroźniejszym rywalom. W hokeju światowym stawia się teraz na siłę i musimy to sobie wreszcie uświadomić. Gdy graliśmy w Toruniu czwarty, piąty mecz, to już siadaliśmy fizycznie.
A może z przygotowaniami kadry do mistrzostw świata nie wszystko było w porządku?
- Ja tak nie uważam. Problem leży w zbyt długich rozgrywkach ligowych, a szczególnie w play off, który odbiera nam siły. Liga jest stanowczo za długa, później nie ma czasu na solidne przygotowania do mistrzostw. Kiedy kadra ma budować siłę?
To w takim razie rywale są za mocni, czy też my jesteśmy za słabi, by wrócić do grona najlepszych drużyn na świecie?
- To fakt, że świat nam ucieka. Wprawdzie jest jeszcze czas, by go dogonić, ale jak mamy tego dokonać, skoro w Polsce hokej uprawia garstka zawodników i do kadry nie ma z czego wybierać. Poza tym za mało mamy hokeistów, grających w silnych ligach zagranicznych. Szwedzki trener reprezentacji, Peter Ekroth dopiero od niedawna nas prowadzi i trudno od niego wymagać cudów. W każdym meczu w mistrzostwach świata walczyliśmy, staraliśmy się bardzo, jednak skończyło się to na czwartym miejscu. A nie o takie miejsce nam wszystkim chodziło.
Kluczowe dla losów polskiej drużyny były spotkania z Ukrainą i Włochami. Oba przegraliśmy, chociaż z Ukraińcami dopiero po rzutach karnych. Musieliśmy się zadowolić wyłącznie dobrymi recenzjami.
- Szkoda nam szczególnie meczu z Ukrainą, w którym w końcowych minutach nie wykorzystaliśmy przewagi dwóch graczy na lodzie. Tę sytuację trzeba było koniecznie wykorzystać, strzelić gola. Co do Włochów, to pierwsza tercja w naszym wykonaniu była rewelacyjna. Potem? Sam nie wiem, co się z nami stało. Po prostu uszło z nas powietrze, coś dziwnego stało się z drużyną. Dobrze jeździmy na łyżwach, nieźle operujemy kijem, ale brakuje nam siły fizycznej.
Może lekarstwem na bolączki polskiego hokeja będzie, proponowana przez prezesa PZHL, Zdzisława Ingielewicza, reforma rozgrywek ligowych. Proponuje on zmniejszenie limitu obcokrajowców w PLH, by kiepscy cudzoziemcy nie blokowali miejsca naszej młodzieży.
- Gdyby kluby kontraktowały piątkę bardzo dobrych obcokrajowców, to byłbym za utrzymaniem takiego stanu rzeczy. Ale ci, którzy przyjeżdżają do Polski, to nie są żadne wzmocnienia. Oni śmieją się nam w twarz, że tanim kosztem zarabiają u nas dobre pieniądze. Przeszkadzają polskiemu hokejowi, a nie pomagają mu. Jestem za tym, by od nowego sezonu w każdej drużynie grało co najwyżej trzech obcokrajowców, ale za to dobrych. Będzie więcej miejsca dla naszych chłopaków.
Gra Pan aktualnie w zespole mistrza Polski, Cracovii, ale wywodzi się z GKS Jastrzębie. Pamięta Pan o swoich górniczych korzeniach?
- Oczywiście, jak mógłbym zapomnieć. Pamiętam też, że nie miałem łatwej drogi, by trafić do reprezentacji kraju, do najlepszych klubów. Graliśmy wówczas w Jastrzębiu na otwartym lodowisku, warunki treningowe były naprawdę ciężkie. Jak jeździłem na kadrę, to nikt mi specjalnie nie pomagał. Przeszedłem ciężką drogę, zanim coś osiągnąłem w hokeju. A co do obecnego Jastrzębia, to są w tym klubie fachowcy, którzy robią dobre transfery i świetnie pracują z młodzieżą. W poprzednim sezonie, w roli beniaminka jastrzębianie uznani zostali za rewelację rozgrywek. Klub ma cały czas wsparcie górnictwa i może zrobić niejedną niespodziankę. Może kiedyś znowu zagram w Jastrzębiu?