Nie jestem celebrytką

Rozmowa z Joanną Bartel, aktorką, artystką kabaretową i malarką

Z czego śmieje się kobieta, która zawodowo bawi ludzi?

- Niedawno śmiałam się z kawału o facecie, który za ciężkie przestępstwo został skazany na krzesło elektryczne. Gdy go doprowadzali na wykonanie wyroku okazało się, że nie mieści się w fotelu. Naczelnik więzienia kazał go odchudzić – tydzień na chlebie i wodzie. Skazaniec przytył 3 kilo. Zirytowany naczelnik pyta: Dlaczego nie chudniecie? No coś, kurde, nie mam motywacji.

Śląsk jest dla Pani małą ojczyzną. Jak Pani ocenia z perspektywy wieloletniej emigracji poczucie humoru Ślązaków i Niemców?

- Kulturowe podobieństwa są mocno przereklamowane. Humor śląski jest podobny do czeskiego, a ja kocham film i literaturę czeską. Wojak Szwejk mnie zachwyca. Niemcy wolą dowcipy bardziej rubaszne. Rzadko śmieją się z kawałów abstrakcyjnych, czy finezyjnych. Bawią się i śpiewają na komendę, bo jest na przykład karnawał. A u nas śmiech splata się z codziennością, choćby nie wiem jak była trudna.

Po latach na emigracji buduje Pani swoje życie w Polsce. Co Panią cieszy i co wkurza po powrocie w rodzinne strony?

- Wszystko mnie cieszy. Ja tu jestem u siebie, wśród swoich. Nigdzie nie czułam się lepiej, niż na Śląsku. Miło mi, gdy czuję zapach rosołu dochodzący z okna. Cieszę się, gdy widzę dzieci, idące do kościoła w Niedzielę Palmową. Bardzo za tym tęskniłam w Niemczech. Od 2000 roku jestem na stałe w Polsce. A co mnie wkurza? Dziurawe drogi. Nie chciałabym też leżeć w polskim szpitalu, do którego trzeba iść z ekwipunkiem jedzenia i lekarstw. Ale tak najbardziej, to wkurza mnie psychopatyczna atmosfera polityczna, od której staram się trzymać z daleka.

Mówią, że tańczy Pani nie na jednym weselu: mieszkanie na Śląsku, dom na Wolinie, rodzice w Niemczech.

- Moja mama też tak mówi: Dziołcha! Skąd żeś ty jest? Rodzice są schorowani i ciągle jestem w blokach startowych, gotowa do tego, żeby do nich natychmiast pojechać, gdyby mnie wezwali. Na Wolinie mam dom, w którym lubię spędzać lato. Naprawdę u siebie czuję się na Śląsku. Mam nowe mieszkanie w Panewnikach, ale żal mi było opuszczać stare w Chorzowie-Batorym i moich cudownych, kochanych sąsiadów. W Panewnikach jest pięknie. Spotykam tu bociany, sarny, dziki. Do mojego okna zaglądają sosny. Nie wiedziałam, że będę tu tak szczęśliwa.

Serial komediowy „Święta wojna” w TVP2 przyniósł Pani ogromną popularność. Podobno nie będzie kolejnych odcinków. Nad czym Pani obecnie pracuje?

- Ten serial odmienił moje życie. W hotelu „Warszawa” w Katowicach w 1998 roku wpadłam w windzie na Darka Goczała i nie przypuszczałam, że będzie to przełomowe wydarzenie w moim życiu. Chciał mnie koniecznie w swoim filmie i choć niełatwo było mnie wtedy odnaleźć, dostałam propozycję, która zakończyła moje niemieckie biedowanie. Serial miał ogromną oglądalność, nie wiem czemu wstrzymano produkcję. Dużą widownię miały też „Babiniec” u Ewy Drzyzgi oraz „Śmiechu warte”, które też zdjęto z anteny. Choć dużych produkcji aktualnie nie mam w swoim kalendarzu, to nie narzekam. Nie jestem celebrytką, nie biegam po rautach i castingach. Siedzę w lesie, albo nad wodą, a mimo to mój telefon nie milczy. Mam autorski program: „Tok-szok”. Zapraszają mnie z tym programem do różnych firm i miast.

Pani styl jest nie do podrobienia, kto jest twórcą Pani artystycznego wizerunku?

- Sama się strzygę, farbuję, projektuję i szyję sobie ciuchy. Na mnie nic gotowego kupić nie można. No to coś tam wypatrzę, tu obetnę, tam doszyję, no i mam nowy kostium estradowy. Mieszkania także sobie sama projektuje. Scenariusze mam zawsze pokryklane i koledzy żartują, że po mojej śmierci sprzedadzą je i zarobią na moich rysunkach.

Zatem nie zarzuciła Pani swojej malarskiej pasji. Czy studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych przydały się Pani do czegoś?

- Jestem dyplomowanym grafikiem. W najtrudniejszym dla mnie okresie w Niemczech przypominałam sobie, co mi profesorowie na studiach do głowy wbijali. Przez jakiś czas robiłam obrazki, które sprzedawałam w galeriach. Maluję i rysuję dla przyjemności cały czas. Teraz mam w domu pracownię, a w niej wszystko co potrzeba.

Co Pani uważa za swój największy artystyczny sukces?

- Udział w filmie „Alicja” Jerzego Gruzy. Wypatrzył mnie na festiwalu w Sopocie. Zagrałam w doborowym towarzystwie, wspomnę choćby takie sławy, jak: Sophie Barjac, Jean-Pierre Cassel, Paul Nicholas, Susannah York, Dominic Guard, Wiesław Gołas, Bohdan Łazuka, Ewa Wiśniewska, Ewa Błaszczyk. Francuzi pytali mnie: jaką szkołę skończyłam i kto mnie uczył tańczyć. A ja im mówiłam: Świętochłowice, ul. Równa 4. To był mój domowy adres. Moi rodzice mieli ogromne poczucie humoru. Robię miny jak mój tata i tańczę także w jego stylu. W szkole podstawowej nauczyciel Pawłowski wyrzucił mnie z lekcji baletu. Uznał, że nie potrafię nic zatańczyć, żeby ludzie nie pękali ze śmiechu. Miałam ogromną satysfakcję z tego, że Gruza pozwolił mi tańczyć w filmie. No i mam nadzieję, że Pawłowski to widział.


Joanna Bartel – aktorka, artystka kabaretowa, wokalistka śląska, która poczucie humoru potrafi przenieść na estradę i do programów telewizyjnych. Pochodzi ze Świętochłowic. Jest absolwentką Wydziału Grafiki krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Sławę przyniosła jej rola Andzi Dworniok w serialu „Święta wojna”. Andrzej Rosiewicz zaprosił ją do nagrania płyty długogrającej „Dobry interes”.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Emigranci za chlebem. Niezwykłe losy polskich górników we francuskich kopalniach

Trudno dzisiaj oszacować, ilu Ślązaków i Zagłębiaków wyjechało przed drugą wojną światową do pracy we Francji. Ich ciekawe historie warte są zachowania.

Letnie święto na Nikiszu. Odpust u Babci Anny

Tegoroczny Jarmark u Babci Anny odbędzie się w niedzielę, 26 lipca. Jak zwykle będzie towarzyszył odpustowi w parafii św. Anny w katowickim Nikiszowcu.

W głębi ziemi i serc – wspomnienie św. Kingi. Górnicy solni uczcili swoją patronkę

24 lipca, w dniu liturgicznego wspomnienia św. Kingi – patronki górników solnych – w niezwykłej scenerii Kaplicy św. Kingi, położonej 101 metrów pod ziemią, odprawiona została uroczysta Msza Święta. Jak co roku podziemna świątynia zgromadziła tych, którzy od pokoleń powierzają swojej Patronce trud codziennej pracy, bezpieczeństwo kopalni oraz pomyślność całej wielickiej społeczności.

Carbotech w Łaźni Moszczenica. Elektroniczne brzmienia w industrialnej przestrzeni

Jastrzębie-Zdrój zyska nowe wydarzenie na kulturalnej mapie miasta. W sobotę, 1 sierpnia 2026 r., w Łaźni Moszczenica odbędzie się pierwsza edycja Carbotech — imprezy łączącej surową, pokopalnianą przestrzeń z muzyką elektroniczną.