Sztuka silniejsza od cierpienia

Sewina AZ

fot: Anna Zych

Mieszkanie Teresy Sewiny wypełnione jest pamiątkami po zmarłym mężu Jerzym. Honorowe miejsce zajmują jego prace malarskie oraz rzeźby

fot: Anna Zych

Jerzy Sewina umierał dwa razy. Po raz pierwszy w 1971 roku, gdy podczas zawału w kopalni Halemba metalowa szyna z obudowy zmiażdżyła mu rdzeń kręgowy. Według lekarzy nie miał prawa przeżyć... Ale przeżył. Drugi raz, 30 lat później, pokonał go rak płuc.


Te 30 lat wypełnionych było walką o jako taką samodzielność, związaną choćby z poruszaniem się na wózku i niewyobrażalnym bólem. Co kilkadziesiąt minut, 24 godziny na dobę,
365 dni w roku Jerzy nękany był napadami bólów fantomowych. W ten sposób zmiażdżony rdzeń kręgowy przypominał o swoim istnieniu. Sewina nie krzyczał, tylko wył. Lekarstwa na jego cierpienie nie potrafili znaleźć lekarze z całej Europy, do których z prośbą o pomoc zwracała się zrozpaczona żona.


– To już 10 lat, jak Jerzy odszedł, a ja i córki dalej słyszymy ten krzyk. Śmierć bliskiego człowieka jest straszna, ale dużo gorsze jest życie z jego cierpieniem – mówi cicho jego żona, Teresa.


Na ścianie w pokoju gościnnym wisi namalowany jakby dziecięcą ręką obraz, przedstawiający kolorowe kwiaty w wazonie. Intensywnie błękitne tło wzięte jest z rysunku sześciolatka. Te kwiaty Jerzy Sewina namalował dla Teresy z okazji Dnia Kobiet w osiem lat po wypadku. Wcześniej, przed wypadkiem, przez 16 lat małżeństwa nie dawał jej kwiatów. Ten kolorowy bukiet to jeden z pierwszych jego obrazów i jeden z wielu przeznaczonych dla żony. Dwa lata temu, gdy pani Teresa robiła porządki w piwnicy, płótno wysunęło się nagle ze sterty innych dzieł. Był dokładnie 6 marca 2009 roku. Obraz powstał 30 lat wcześniej.


– Jak to było z tą twórczością? – zastanawia się pani Teresa. – W pięć lat po wypadku mąż trafił do szpitala z ciężką grypą. Także tam krzyczał z bólu. Na tej samej sali leżał Władysław Luciński, opiekun plastyków-amatorów z Grupy Bielszowickiej. Żeby zająć czymś Jerzego, kazał mu zrobić linoryt na kawałku gumolitu – wspomina.


Pierwszym szpitalnym dziełem Sewiny był jego autoportret. W dzienniku – kronice twórczości (zapiski prowadził do końca życia) Jerzy napisał:
– Nie ma nic złego, co by na dobre nie wyszło. Gdyby nie choroba moja, może nie spotkałbym pana Lucińskiego. (...) Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś będę takie rzeczy robił. Bardzo mi się to zajęcie podoba.


Luciński wysłał pierwsze dzieła Sewiny na kilka konkursów. Od razu posypały się nagrody. Po pięciu latach od wypadku Jerzy odzyskał chęć do życia. Sięgał nie tylko po pędzel, ale także po dłuto, a w domu Sewinów pojawili się życzliwi ludzie.


– Pyta pani, skąd we mnie ten optymizm? Też się zastanawiam. W chwili wypadku miałam 35 lat, świat zwalił mi się na głowę. Na początku wierzyliśmy, że będzie chodził, potem przyszła depresja i zwątpienie. Po wypadku problemem było wszystko: odżywianie, bo potrzebował specjalnej diety, fizjologia, bo przecież nie było pampersów, a stopień uszkodzeń ciała nie pozwalał na założenie cewnika, wreszcie nękające go choroby. No i musieliśmy z czegoś żyć – zwierza się pani Teresa.


Sewinowie zeswatani zostali przez sąsiadów Teresy z Chropaczowa. Ona, rodowita Ślązaczka, wnuczka powstańca, na początku znajomości miała 17 lat. Przystojny śleper ani ją ziębił ani parzył. Gdy zachorowała na gruźlicę, odwiózł ją na leczenie do Istebnej i tym zaimponował. No i zgodziła się na ślub, ale to jeszcze nie była miłość. Ale gdy w dwa miesiące po ślubie wzięli go do wojska, zaczęła tęsknić i pisać wiersze dla męża. I poczuła, że go kocha. Życie toczyło się zwyczajnie, rodziły się córki, rodzice w wolnych chwilach chodzili po górach. Aż do wypadku. Terapią po tych wszystkich trudnych latach były wspomnienia, które Teresa Sewina napisała na konkurs organizowany przy współudziale Fundacji Rodzin Górniczych. Przez to pisanie zrobiło się jej lżej. Teraz zastanawia się nawet, czy nie napisać książki. Pani Teresa dalej czuje w sobie wielką siłę i chce pomagać. Bo kto tak dobrze jak ona wie, co znaczy rozpacz i beznadzieja? I jak sobie z tym przygniatającym ciężarem poradzić?


– Mówię bliskim umierających, że robią błąd, starając się na siłę zatrzymać duszę na ziemi. Dajcie jej iść do światła, pożegnajcie się z nią. I wam i jej będzie lepiej. Ale najwięcej do powiedzenia mam rodzinom obłożnie chorych. Żeby znaleźć siłę na wieloletnią opiekę, trzeba mieć swoje życie. Trzeba pracować, mieć pasje i budować wewnętrzną siłę. Bo choroba dotyka całą rodzinę.




 

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Fot glowne 2026 08 13 Nettg 00

Kopalnia Soli „Wieliczka” – jedna wycieczka, setki wrażeń!

Podróże czy edukacja? Połącz jedno i drugie, zabierz swoją klasę na szkolną wyprawę do Kopalni Soli „Wieliczka”. Zamiast lekcji aktywna nauka podczas zwiedzania. Wybierz trasę idealną do wieku uczniów i posiadanej przez nich wiedzy.

Małysz nadal przyciąga. Tysiące osób odwiedziło już centrum narciarstwa jego imienia

W ciągu miesiąca ponad 5 tysięcy osób odwiedziło Beskidzkie Centrum Narciarstwa im. Adama Małysza w Wiśle. Nowa atrakcja turystyczna przyciągnęła zarówno mieszkańców, jak i turystów z Polski oraz zagranicy. – Nazwisko Adama Małysza wciąż ma w sobie magię i nadal przyciąga ludzi - mówi Tadeusz Papierzyński, prezes spółki Baseny Wisła, która zarządza obiektem.

1

Oktoberfest w beskidzkim wydaniu. Pomysł na integrację firmową w Hotelu*** NAT Wisła

Szukasz pomysłu na oryginalne spotkanie dla pracowników, integrację zespołu albo nieformalne wydarzenie dla klientów? Jesienny wyjazd w klimacie Oktoberfestu może być świetną alternatywą dla tradycyjnej kolacji firmowej. Hotel*** NAT Wisła zaprasza na wyjątkową imprezę OKTOBER w Malince, gdzie bawarski klimat spotyka się z tyrolską atmosferą, góralską gościnnością i beskidzkimi smakami.

Górnicze orkiestry dęte (i nie tylko) zagrają w Rudzie Śląskiej

W sobotę, 22 sierpnia 2026 roku, Ruda Śląska po raz 25. rozbrzmi muzyką orkiestr dętych. Jubileuszowa edycja Festiwalu Orkiestr Dętych im. Augustyna Kozioła odbędzie się w Parku Kozioła w dzielnicy Ruda, a gwiazdą wydarzenia będzie piosenkarka Teresa Werner.