Mieczysław Bieniek w drodze do Orisy

Bieniek miecz orisa ARC

fot: ARC domowe M. Bieńka

W Indiach na trybunę honorową defilady dla 140 tys. żołnierzy przedarł się z pamiątkową plakietką zespołu Dżem. Tym osobliwym „zaproszeniem” tak skołował ochronę, że bez przeszkód sforsował kolejne bramki. Dopiero pod koniec pogonili Mietka hinduscy czołgiści...

fot: ARC domowe M. Bieńka

Papieros to świństwo, toteż Mieczysław Bieniek rzucił palenie. Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy jest dobrodziejstwem. Odkrył to, drepcząc za parą wołów i sochą po ryżowisku w indyjskiej Orisie. – Nic lepiej nie pomaga oczyścić nóg z dziesiątek przyssanych pijawek, niż żarzący się pet – przekonuje.

 

Do Orisy Mietek nie pojechał uprawiać ryżu. Od lat, czyli odkąd podróżniczy temperament gna go po świecie, jego wielkim marzeniem było poznanie plemienia Bonda. Wprawdzie Vertier Elwin odkrył tych pramieszkańców Indii przed 60 laty, niemniej lud Bonda bezsprzecznie w najmniejszym stopniu uległ dotąd wpływom świata zewnętrznego.

 

Pierwszym przystankiem w wyprawie w odległe, nietknięte cywilizacją, zakątki dystryktu Koraput, było stołeczne Delhi. A tam Święto Republiki i defilada wojskowa. Nie byłby sobą, przepuszczając taką okazję. Jednak tam gdzie Bieniek, tam i kłopoty...

 

Z przepustką Dżemu

 

– Wyobrażasz sobie defiladę, w której idzie 140 tys. żołnierzy. Oprócz tych maszerujących niesamowitym paradnym krokiem, przesuwają się dywizje na słoniach, na wielbłądach. Każda inna, barwna, w egzotycznych mundurach. Oddzielają je gigantyczne, ozdobne platformy z ładunkiem, ilustrującym to, czym może się poszczycić każdy ze stanów. Między Pałacem Prezydenckim i Bramą Indii przeciągają więc na nich pociągi, statki, komputery. Później wszystko zagłusza grzechot gąsienic formacji pancernych i rakietowych, a następnie huk przelatujących nad głowami kluczy samolotów. Czy wyobrażasz sobie manifestację dumy, wykrzykiwaną gardłami 4 mln widzów na trybunie? Tak, tak, wcale się nie przesłyszałeś – powtarza ich liczbę katowicki podróżnik.

 

Mietek nie miał ani zaproszenia, ani widoków na jego zdobycie. Pozostały fortele. Potokiem słów i papierosami tak zamącił w głowach budującym metro robotnikom, że na poprzedzającą defiladę noc zadekowali do w... podziemnym wykopie. Nazajutrz wyruszył na trybunę z ostentacyjnie zawieszonym przed sobą aparatem fotograficznym i... pamiątkową plakietką zespołu Dżem. Tym osobliwym „zaproszeniem” tak skołował dla odmiany ochronę z kilku jawnych i tajnych służb, że bez przeszkód sforsował kolejne bramki. Dopiero pod koniec defilady, kiedy odezwała się w nim dusza pancerniaka, pogonili Mietka hinduscy czołgiści.

 

Katastrofa we mgle

 

Ostatnia z wypraw Mietka Bieńka w ogóle obfitowała w epizody „z dreszczykiem”.

 

– Z Delhi, via Kalkuta, gnam do Puri. Inaczej – próbuję. Na miejscówkę do pociągu trzeba czekać 3 tygodnie. Klapa. Wypatrzyłem wolne miejsce i nie bacząc na bilet, ładuję się do przedziału. Momentalnie zasypiam. Kłopoty nadciągnęły półtorej godziny później. Rozespany rżnę wariata przed konduktorem, wertując 1260-stronicowy przewodnik po Indiach za nieistniejącym biletem. Szuka kolejarz, szukają pasażerowie z przedziału. Wreszcie na podstawie analizy listy pasażerów konduktor dochodzi do wniosku, że kupiłem bilet do bliższego Varanasi. Żwawo potakuję. Macha ręką. W Varanasi wsiada jakiś młodzieniec. Bez dąsów przystaje na dzielenie ze mną jednej ławy. Jedziemy. Noc. Wstrząs, huk, krzyki, tumult... Pociąg najechał na poprzedni. Są ofiary, wielu rannych. Atmosferę horroru wzmacnia mgła. Zawiesina taka, że nie widzisz palców u własnej dłoni. Podróż z 50 godzin przeciąga się o przeszło dobę – Mietek wzbrania się przed pokazaniem szczególnie drastycznych zdjęć z katastrofy.

 

Próba powonienia

 

Zgodnie z podróżniczymi nawykami nieopodal Puri Mietek osiadł wśród miejscowych.

 

– Jeden z nich przygarnął mnie za 100 rupii pod dach ze słomy ryżowej. Przez tydzień wraz z gospodarzem dzień w dzień wypływałem na połów w Zatoce Bengalskiej. Było co ciągnąć. W łajbie mieściła się prawie tona ryb. Takich łodzi wypływało o świcie tysiące. Szły burta w burtę, od przystani po horyzont. Po wyciągnięciu sieci, przychodziła pora na patroszenie ryb. Na brzegu czekali kupcy, zwykle biedacy z pustynnych wsi. Wykładali je na piasek i suszyli w słońcu. Rybacy należą do najniższej kasty. Są uznawani za „nieczystych”. Po ciężkiej próbie, której został poddany mój zmysł powonienia, nie spierałbym się specjalnie z takim zaklasyfikowaniem. Żeby tylko rybi smrodek! Już na plaży musiałeś mocno lawirować, żeby nie wdepnąć w g... – śmieje się z rybackiej inicjacji.

 

Pożegnanie z rybakami musiało być trudne, skoro Mietek zdążył dopiero na trzeci, ostatni autobus, który miał przybliżyć go do Bonda.

 

Wielkie fiasko

 

– Jadę. Mniej więcej po półgodzinie szlaban. Wojsko, samochody pancerne, żołnierze nerwowo omiatają otoczenie lufami karabinów. Dowiaduję się, że poprzedni autobus ostrzelała maoistowska bojówka. Zginęło 6 Hindusów, wśród nich policjant. Dwóch szwajcarskich turystów wyciągano z szoku w pobliskiej szkole. Natychmiast z powrotem – komenderuje oficer. Żadnych wyjaśnień, żadnych dyskusji. Nawet nie próbuję kombinować. Wracam do Puri z otumanionymi lekami Szwajcarami. Następnego dnia całe wydarzenie jest głównym newsem lokalnych wiadomości. Wprowadzono stan wyjątkowy, Orisa zostaje odcięta od świata. Pryska marzenie o Bonda. Do następnego podejścia. Cóż, w życiu podróżnika bywa i tak – niezrażony ostatecznie, rozkłada ręce Mietek Bieniek.

 

Dobrodziejstwo papierosa

 

Zamiast do ludu Bonda, dociera do innego z pierwotnych plemion Indii. Kolejny tydzień w chacie z wyschniętej gliny i mułu, pod strzechą z ryżowej słomy. Kilka talerzy, jedynych rekwizytów cywilizacji, miał tylko bramin. To tu, brnąc za wołami w mule pola ryżowego, Mietek odkrywa dobrodziejstwo papierosa w pozbywaniu się pijawek. Gospodarze hojnie częstują białego dziwaka miejscowymi specjałami – plackami ciapata z mąki ryżowej i mięsem wszechobecnych tu węży oraz bananami. Zapraszają nawet do sąsiedniego plemienia na uroczystość wymiany darów. Widokówkę z Nikiszowca bramin stawia przed bóstwem na honorowym miejscu.

 

Kolejnej dawki adrenaliny Mietek Bieniek szukał w Sri Lance. W Dżafnie, stolicy Tamilskich Tygrysów, postanowił zajrzeć w oczy tym uzbrojonym po zęby partyzantom, którzy wysyłali na front także młode dziewczęta. Z republiki na wyspie Cejlon wrócił z przygnębiającymi opowieściami o spustoszeniach, jakie pozostawiła w ludziach okrutna, 25-letnia wojna domowa.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Bił rekordy w drążeniu przodków, napisał list do braci górniczej. Władza bezlitośnie go wykorzystała

- Zwykłem określać go mianem „pierwszego socjalistycznego świętego”. W rzeczywistości Wincenty Pstrowski był postacią tragiczną, produktem tzw. epoki przodowników pracy – wskazuje dr Adam Frużyński, historyk górnictwa.

Kiełbasa, musztarda i kromka chleba za "Bóg zapłać" do muzyki górniczej orkiestry. Pamiętasz te festyny?

Na 22 lipca w restauracjach osiedlowych pojawiało się też piwo, o którym w zwyczajne dni można było jedynie pomarzyć. Władze Polski Ludowej starały się, aby zaopatrzenie dla ludu pracującego miast i wsi było w tak ważne święto lepsze.

URZADY SWIETOCHLOWICE KZM 3

Miasto węgla, ratuszy i górniczych witraży

W Świętochłowicach ostatnią kopalnię – ruch Polska (wcześniej kopalnia Deutschland) zamknięto 30 listopada 2000 roku. Mimo to w mieście nie brakuje górniczych akcentów. Najpiękniejsze są w dwóch z trzech, a w zasadzie czterech miejskich ratuszy. To zjawiskowe witraże autorstwa dawnych mistrzów Stanisława Ligonia i Ferdinanda Mullera z Ouedlinburga. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć z tych miejsc autorstwa red. Katarzyny Zaremby-Majcher.

70 lat Kotła Czarownic. Stadion Śląski na archiwalnych zdjęciach

Stadion Śląski świętuje 70-lecie. Chorzowski Kocioł Czarownic (jak nazwano go później) został otwarty 22 lipca 1956 roku i od siedmiu dekad pozostaje jednym z najważniejszych symboli polskiego sportu i kultury masowej. Z okazji okrągłej rocznicy prezentujemy archiwalne zdjęcia z początków historii śląskiego giganta.