Starsi kibice doskonale pamiętają świetnego piłkarza Jana Banasia, który w Górniku grał na przełomie lat 60. i 70. Czy Pan zamierza być drugim wielkim Banasiem w tym klubie?
Przychodząc do Górnika wiedziałem, że takie nazwisko do czegoś zobowiązuje. Cóż ja mogę w takiej chwili powiedzieć? Chyba tylko tyle, że postaram się przywrócić temu nazwisku dawny blask. Wychodząc dzisiaj na boisko zdawałem sobie sprawę, że wśród 40 tysięcy kibiców na trybunach jest Jan Banaś i wiele innych znakomitości. Grać dla takiej publiczności to jest marzenie każdego piłkarza. Jest taki przypływ adrenaliny, że po tym meczu moglibyśmy wyjść na kolejne 90 minut. Każdy mecz w lidze powinien tak wyglądać.
Poziom emocji był ogromny, ale poziom sportowy – powiedzmy to sobie szczerze – słaby. Z czego to wynikało?
Byliśmy mocno podenerwowani, chcieliśmy wygrać za wszelką cenę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy świetnie przygotowani do tej rundy. Wydaje mi się, że ta bramka była kwestią czasu. Zrobiliśmy dzisiaj mały kroczek, żeby opuścić strefę spadkową. Wiem, stało się to kosztem mojego byłego klubu – Piasta Gliwice. Ale cóż, taka jest piłka. Teraz jestem zawodnikiem Górnika i liczy się dla mnie tylko dobro tego klubu.
Pewnie w najśmielszych snach nie wyobrażał Pan sobie takiego debiutu w Górniku?
Zgadza się. Najpierw marzyłem o tym, żeby grać w Górniku, a w dalszej kolejności o tym, żeby wyjść w tym meczu w podstawowej jedenastce. O strzeleniu gola w ogóle nie myślałem. Dla mnie, jako obrońcy, to jest wielkie szczęście. Do tego rzutu wolnego chciał też podejść Damian Gorawski, ale postawiłem na swoim. Na treningach rozgrywamy pewne schematy i wiedziałem, że to jest moja pozycja. Dobrze zrobiłem.
Jak będziecie świętować to zwycięstwo?
W ogóle nie będziemy świętować. Na świętowanie będzie czas w czerwcu, jak Górnik pozostanie w ekstraklasie.