Nagłe wyprawy w wieczność
fot: wnmp-zukowo.diecezja.gda.pl
Śląsk jest pełen takich miejsc wypraw w wieczność, miejsc przeżywania bólu niewyobrażalnego, bo niespodziewanego
fot: wnmp-zukowo.diecezja.gda.pl
Cmentarne nagrobki, zbiorowe mogiły, krzyże opodal kopalnianych bram – wszystko to materialne ślady opowieści, jak ludzie próbują sobie radzić ze śmiercią. O ofiarach katastrof, także tych górniczych, często mówi się, że ludzie ci nie zginęli, ale polegli.
Śląsk jest pełen takich miejsc wypraw w wieczność, miejsc przeżywania bólu niewyobrażalnego, bo niespodziewanego. Są w nich, między innymi, ślady dźwigania żalu po 39 górnikach „Redenu”, których w 1923 roku zabił wybuch gazów, po ofiarach pożarów: z 1954 roku w „Barbarze-Wyzwoleniu”, gdzie zginęło 80 górników, z 1955 roku w „Sośnicy”, który pochłonął 42 ofiary, z 1959 roku w „Makoszowach”, kosztującego życie 72 osób, czy wreszcie po 20 górnikach „Śląska”, których we wrześniu 2009 roku zabił wybuch metanu.
Te zbiorowe śmierci objął kult poległych i płaczące tłumy, a – wraz z rozwojem środków masowego przekazu – także, niestety, czynienie z nich medialnego teatru z podkręcaniem żałoby do granic histerii. Ale w górnictwie, obok radzenia sobie ze śmiercią zbiorową – by nie rzec, spektakularną – są i te codzienne, niemal anonimowe, zalewające rozpaczą jedynie wąski krąg najbliższych i przyjaciół. Przez wieki ludzie modlili się: „Od nagłej śmierci zachowaj nas, Panie”. Nic dziwnego, że w tragicznych chwilach szukamy wspólnoty między innymi po to, by pomniejszyć nasz własny lęk przed śmiercią i gwałtowną utratą, przed siłami niosącymi zniszczenie.