Na kole po Kubie

1497084869 11 majerczyk arc k5

fot: archiwum domowe

Konieczność ciągłej zmiany dętek tłumaczy marsową minę Zdzisława Majerczyka

fot: archiwum domowe

Zdzisław Majerczyk z katowickiego Nikiszowca rowerowego bakcyla połknął kilka lat temu. Najpierw wyruszył w Polskę, potem przyszedł czas na wojaże po Europie. Był m.in. w Chorwacji, Słowenii, Rumunii, na Węgrzech i na Ukrainie. Przeżył wiele przygód. Ostatnio przemierzał drogi i bezdroża egzotycznej Kuby.

Grupa skrzyknęła się na kilka miesięcy przed wyjazdem. Wspólnie go organizowali. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień wylotu. Trwająca kilkanaście godzin podróż do Hawany wcale nie zmęczyła kolarzy. Stolica Kuby przywitała ich gorącym słońcem. Uroki starego miasta, pamiętającego czasy hiszpańskich konkwistadorów sprawiły, że dostali wiatru w plecy.

- Z tym wiatrem to mogło być groźnie – śmieje się Zdzisław Majerczyk. - Po pierwszej nocy spędzonej w hotelowym łóżku trzeba było ruszać w drogę. Nocowało się na plaży pod namiotem. Raz na dobę trochę padało przez krótki czas, ale wystarczyło kilka minut i po deszczu nie było śladu. Pewnego dnia dowiedziałem się, że w naszym kierunku zmierza tajfun. Trochę się tego przestraszyłem. Akurat przybyliśmy do Trynidadu i na szczęście zdobyliśmy lokum pod dachem. Pomyślałem, że czeka mnie przygoda z tym tajfunem, ale zupełnie niespodziewanie skręcił w stronę Florydy, a nas jedynie musnął. Miałem jednak okazję zobaczyć, jak deszcz leje poziomo – opisuje Majerczyk.

Z westernu rodem
Z Trynidadu kolarze ruszyli w dalszą podróż po wyspie. Po drodze mijali 60-letnie limuzyny, a także nasze fiaty 126 p, popularne maluchy.

Większość małych miasteczek na Kubie wygląda jak żywcem wyjęte z filmów o Dzikim Zachodzie. Parterowe domy z balustradami, jedno centralne skrzyżowanie. Działa bank i coś na wzór sklepów samoobsługowych. Powierzchnia jest, towaru nie ma. Niektórzy członkowie ekipy kojarzyli te widoki z rodzimą rzeczywistością okresu stanu wojennego.

- W centrum każdego miasteczka stoi sznur rowerowych riksz z napisem taxi. Na tarasie przy rozstawionych małych stolikach kilku fachowców oferuje usługi. Jest zegarmistrz, ekspert od telefonów komórkowych, dwóch pucybutów. Są dziergające na drutach panie i wiele innych barwnych postaci. Czasami ktoś szepnie na ucho jakieś wyuczone polskie słówko, niekoniecznie przyzwoite – opowiada kolarz z Nikiszowca.

Co wiedzą o Polsce? Niewiele. Niektórzy znają dobrze Bolka i Lolka. Chłopaki grający w piłkę na osiedlowym boisku orientują się, kto to Lewandowski.

Podróż przez dżunglę
W każdej miejscowości na ulicach gra muzyka i tańczą ludzie. Dzieciaki i młodzież w eleganckich mundurkach jeżdżą do szkoły na pace ciężarówki lub zdezelowanym autokarem bez szyb.

- Duże wrażenie zrobił na mnie pewien fryzjer. Miał do dyspozycji tylko żyletkę, ale jej ostrzem potrafił wyczarować fantastyczne wprost fryzury – wspomina Zdzisław Majerczyk.

- Z tego, co zaobserwowałem, to ci ludzie żyją niezwykle skromnie, ale są radośni. Ja powtarzam, że Kubańczycy nie mają pieniędzy, ale nie są biedni. Bardziej biedni to my jesteśmy, bo ciągle nam mało. Oni mają wszystko, co jest im potrzebne do życia – dodaje.

Kolejną przygodą naszych kolarzy była podróż przez dżunglę. Co chwila musieli łatać opony, bo przebijały je ostre kolce gałęzi akacji.

- Sami też byliśmy nieźle podrapani, ale nikt nie narzekał. Ja, emerytowany sztygar z Wieczorka, tak łatwo się nie poddaję. Na Ukrainie złamałem w wypadku dwa obojczyki i dalej jeżdżę. Dżungla też mi niestraszna – przyznaje stanowczym tonem.

Po opuszczeniu Trynidadu członkowie wyprawy skręcili w góry Sierra del Escambray, zatrzymując się po drodze w punkcie widokowym obok Pica de Potrerilla, skąd rozciąga się wspaniały widok na Morze Karaibskie i sam Trynidad. Ich rowerowy szlak wiódł w poprzek wyspy, od Zatoki Meksykańskiej po Morze Karaibskie. Dziennie przemierzali 100-130 km.

- Nie ma nic piękniejszego niż przejechać Kubę na kole. Polecam, zwłaszcza wytrzymałym na upał i zmęczenie - podsumowuje Zdzisław Majerczyk.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Pozwał Netflix za serial Ołowiane dzieci. Broni pamięci babci

Prof. Stanisław Torbus, wnuk prof. Bożeny Hager-Małeckiej, znanej śląskiej lekarki, pozwał platformę Netflix. Zarzuca twórcom serialu „Ołowiane dzieci”, że zniekształcili historię jego babci, która zmarła w 2016 roku.

Z notatnika sztygara Onderki: Feralny piątek

Nasze kopalnie pustoszeją. Tajemnicą poliszynela jest, że nie ma ludzi do pracy. W ostatnich miesiącach odeszli na świadczenia górnicy z wydobycia i przygotówek, kombajniści z doświadczeniem, elektrycy, strzelniczy, ludzie z dozoru, kierownicy i dyrektorzy. Tymczasem słyszę i czytam ostatnio w mediach, że wracamy do węgla, bo stanowi on nasze zabezpieczenie energetyczne, zwłaszcza teraz, gdy okazuje się, że gazu brak, a jego ceny jeszcze wystrzelą w górę. Ja Wam powiem, że jest to sytuacja wypisz, wymaluj z moich czasów. 

Jak Rambo wyjeżdżał z szychty i pędził prosto na próbę zespołu Myslovitz

Rozmowa z WOJCIECHEM „LALĄ” KUDERSKIM, perkusistą Myslovitz, który w 1998 roku odszedł z branży górniczej

Jesień w Tatrach. Czas na spokojniejszy wypoczynek w Bukowinie Tatrzańskiej

Jesień w Tatrach ma swój wyjątkowy rytm. Wakacyjny gwar powoli cichnie, na szlakach robi się spokojniej, a górskie krajobrazy nabierają złotych, rudych i czerwonych barw. Przy dobrej pogodzie widoki potrafią zachwycić jeszcze bardziej niż latem, a chłodniejsze powietrze sprzyja spacerom i dłuższym wędrówkom.