Mirosław Taras: Nie stanowimy zagrożenia dla Śląska
fot: ARC
Przyjrzymy się sprawie, bo to może być interesujące przedsięwzięcie - mówi Mirosław Taras, prezes Bogdanki
fot: ARC
Rozmowa z Mirosławem Tarasem, prezesem zarządu „Bogdanki” SA
Proklamował Pan wojnę ze śląskim górnictwem?
Niedorzeczność.
Nie mówił Pan – posługując się ostrą retoryką – o zmowie kartelowej śląskich spółek i oferowaniu przez nie węgla po cenach niższych od kosztów?
Poinformowałem, że dotarły do nas takie sygnały i zwróciłem uwagę na tę patologię ekonomiczną, która podlega procedurom regulatora rynku. Nie sięgałem jednak do jakiejkolwiek wojennej retoryki.
Za trzy lata w ofercie „Bogdanki” będzie nie 5,5, lecz 12 mln ton węgla rocznie. Czy jego forpoczta w Rybniku nie jest preludium ostrej walki o klienta?
Zastanawiam się, dlaczego media tworzą i podgrzewają – pan też próbuje to robić – fałszywą atmosferę, że oto „Bogdanka” rzuca się na Śląsk i próbuje wywołać jakąś wojnę. Proszę spojrzeć: Katowicki Holding Węglowy produkuje ledwie 11 mln ton i wydobycie ciągle spada. Kompania Węglowa – w wypowiedzi jej rzecznika prasowego – zapowiada, w ciągu kilku lat, utratę wydobycia na poziomie 5-6 mln ton. Wobec tego pytam: kto ten dół zasypie? Naszym węglem wypełnimy więc tylko wyrwę, którą traci Śląsk. Gdzie go sprzedamy? Na rynku. Ale rynkiem nie jest ani „Bogdanka”, ani śląskie kopalnie, lecz kupiec, który, być może, zapyta nas o ofertę. I my odpowiemy na nią pozytywnie. Media kreują wyimaginowaną wojnę, a jakoś mało kto zauważa, że do Polski wjechało 11 mln ton obcego węgla. To, że sprzedaliśmy trochę Elektrowni „Rybnik”, wzięło się stąd, że faceci nie mogli go kupić na Śląsku i przyszli do nas. Proste. Ten przypadek świadczy notabene właśnie o tym, że Śląsk nie jest w stanie zapewnić Polsce odpowiedniej ilości węgla. My mniej wyprodukujemy niż Śląsk straci produkcji. Jak można więc mówić o jakimkolwiek zagrożeniu ze strony „Bogdanki”?
Odżegnuje się Pan od cierpkich spostrzeżeń na temat śląskiego górnictwa i sposobów zarządzania nim?
Całkowicie dystansuję się od przypisywanych mi w rozmaitych mediach wypowiedzi, jakobym dezawuował śląskie górnictwo i tamtejszych menedżerów. Oni doskonale znają swoje kopalnie i nie sądzę, aby różnili się ode mnie. Proszę podkreślić, że mam wobec nich absolutny szacunek oraz świadomość warunków górniczych, w których fedrują, historycznych zaszłości i gigantycznych długów, które odziedziczyli. Natomiast my, tutaj – i ja także – staramy się wykorzystywać wszelkie pozytywne okoliczności i eksploatować tak, aby dźwigać przedsiębiorstwo jak najwyżej do góry. Owszem, może wychodzi nam lepiej niż na Śląsku. Boże kochany, czy z tego powodu jesteśmy komukolwiek coś winni?
Prasa i portale huczą, że „Bogdanka” chciałaby połknąć „Budryka”. Wiadomo, w czyich pozostaje rękach, więc w tle natychmiast pojawia się domniemanie, że w nie najlepszych. Czyż nie?
To kolejne niedorzeczne dywagacje. Nigdy – powtarzam: nigdy – przez już prawie trzy lata mojej prezesury w „Bogdance” ani słowa nie powiedziałem o tym, że nosimy się z zamiarem kupienia „Budryka”. „Bogdanka” realizuje szeroko zakrojony program inwestycyjny, obliczony na 2 mld zł, toteż o kupieniu w tej chwili jakiejkolwiek kopalni, ba, o jakichkolwiek tego rodzaju akwizycjach w ogóle nie może być mowy. Po prostu nie mamy pieniędzy na takie zaangażowanie.
Kolejny wyimaginowany fakt?
Oczywiście. Natomiast proszę zwrócić uwagę, że za trzy lata spółka zwieńczy swój program inwestycyjny, będzie wydobywała i sprzedawała 12 mln ton węgla, generując gigantyczne zyski. Coś będzie musiała z nimi robić. Wolą właścicieli będzie to, czy te zyski będą chcieli zjeść, czy też pozwolą nam się dalej rozwijać. W drugim przypadku nie jest wykluczone, że „Bogdanka” zaangażuje się w inne projekty, w tym o charakterze akwizycyjnym. Nigdy – powtarzam – nie wskazywaliśmy, że mógłby to być „Budryk”, świetna, rzeczywiście, kopalnia. W grę mogłyby wchodzić różne projekty: energetyczne ze stałym zbytem węgla w jego obrębie, zgazowania węgla, ale też koksowe. Nie zapominajmy, że Unia Europejska mówi nam trzy razy 20, czyli 20 proc. energii z wiatraków, 20 proc. z oszczędności i 20 proc. mniej emisji. To zaś uderza w węgiel energetyczny. Naturalną rzeczą jest więc oglądanie się za projektami w dziedzinie węgla koksującego. Będziemy się zastanawiali, czy inwestować we własne złoża węgla koksującego, bo i takie mamy, czy myśleć o akwizycjach.
Jednak na Śląsku?
Nawet gdyby – hipotetycznie – był to „Budryk” lub inna śląska kopalnia, to co? Na pewno zaangażowanie w nie naszych pieniędzy przyniosłoby pozytywne efekty, a więc pewność pracy, gwarancję wydobycia, sprzedaży, generowania zysków. Czy to, że nie wykluczamy projektów akwizycyjnych, może być powodem, by źle myśleć o „Bogdance”? Czy, będąc właścicielem którejkolwiek ze śląskich kopalń, robilibyśmy Śląskowi i Ślązakom krzywdę?
Liderom związkowym ze śląskich kopalń również nie zarzucił Pan bełkotu na temat prywatyzacji?
Tego akurat się nie wypieram i będę tę opinię powtarzał. Bo rzeczywistość jest taka, że liczą się w niej wyniki ekonomiczne firmy oraz to, czy jest w stanie przetrwać na rynku, a nie wola czy „widzimisię” związkowców. Albo więc zrozumieją tę prawdę i pozwolą menedżerom racjonalnie zarządzać istniejącym tam majątkiem oraz złożami, albo Śląsk padnie i stanie się to za ich sprawą.
W KHW załoga powiedziała w referendum „tak” prywatyzacji.
To proszę napisać, że gratuluję śląskim związkowcom powolnego nabierania rozumu. Mówię poważnie. Natomiast górnikom śląskich kopalń i tamtejszym menedżerom proszę życzyć ode mnie, żeby udawała im się restrukturyzacja spółek i górniczego szczęścia.