Mieczysław Bieniek: próba przed Afryką

Bieniek ARC

fot: Archiwum domowe M. Bieńka

Mieczysław Bieniek myśli o wyprawie do Afryki. Eskapada do Kosowa i Albanii była rozgrzewką przed podbojem "czarnego lądu"

fot: Archiwum domowe M. Bieńka

Prawie 4 tysiące kilometrów rowerem przez 11 europejskich krajów w 35 dni. Dla Mieczysława Bieńka, 55-letniego emerytowanego górnika kopalni Wieczorek, który w swoich podróżniczych wyprawach zaliczył już najodleglejsze i najbardziej egzotyczne zakątki globu, to trochę tak, jakby ze swojego mieszkania na Nikiszowcu wyskoczył na chwilę po gazetę do kiosku.


Kosowo i Albania to ostatnie kraje Europy, w których przedtem jeszcze nie byłem. Ale nie jakaś ich szczególna atrakcyjność przesądziła o takim akurat celu lipcowej podróży. Dla mnie celem marzeń jest objechanie rowerem Afryki. Ze studiowania wieloletnich map pogodowych tego kontynentu wychodziło mi, że klimat w rejonie Albanii i Kosowa o tej porze roku, z lipcowymi temperaturami, jest zbliżony do afrykańskiego. Podróż na Bałkany potraktowałem więc jako trening. Jako dzienny limit przyjąłem 100 kilometrów. Najmniej – w najwyższych górach – wykręciłem 78, najwięcej – 172. Chciałem nie tylko sprawdzić, jak sam będę znosił trudy jazdy w temperaturach dochodzących 50 stopni Celsjusza. Był to także test sprzętu, a więc przede wszystkim roweru, ale też wszystkiego tego, co wypełniało przytroczone do niego sakwy. To był świetny sposób selekcji: co absolutnie niezbędne, a co wyrzucić - tłumaczy zasadniczy powód wyprawy Bieniek.


Pospołu z Tadziem


Na ogół – nie licząc przygodnie spotykanych po drodze kompanów – Mietek podróżował dotąd sam. Tym razem drogę na Bałkany przemierzał z Tadeuszem Janowskim, nauczycielem z Lublina.


- Z Tadziem rok temu zderzyliśmy się w Mołdawii. Jest moim rówieśnikiem, na co dzień uczy dzieci matematyki i fizyki. Umysł ścisły, wielka dusza, ale podróżnicza fajtłapa. Bywało, że gubił się po kilka razy dziennie. Na szczęście wieczorem zawsze jakoś się odnajdywał - życzliwie podkpiwa z belfra Mietek.


Węgier, gdzie jedzie się prawie jak po stole, wcale nie uważa za najłatwiejszy etap podróży.


- Po bezkresnej równinie zazwyczaj hula wiatr. Jazda rowerem po takim „wydmuchowisku” bywa uciążliwsza od wspinaczki po górskich „patelniach”. Mnie Węgry – poza nadzwyczaj przyjaźnie usposobionymi ludźmi – zapadły w pamięci jako kraj szczególnie przyjazny rowerzystom. Tu każda grobla, każdy wał przeciwpowodziowy, każda leśna przecinka jest rowerową ścieżką – zachwyca się katowicki podróżnik.


Ze szczytów do piekła


Serbia. Szyld „Hosanna” przy drodze jest dostatecznie frapującym magnesem, by się zatrzymać.

- Okazało się, że jest to ośrodek leczenia narkotykowych i alkoholowych uzależnień. Miejsce na rozpięcie namiotu, ciepła woda? Czemu nie. Ale co za ludzie, co za losy. Ja i Tadzio godzinami gawędziliśmy między innymi z byłym mistrzem świata w judo oraz z byłym wirtuozem filharmonii w Sarajewie. Zaćpali się i ze szczytów kariery zstąpili do piekieł – opowiada Mietek o kontakcie z ludźmi, których koleje życia pogmatwały narkotyki i alkohol i którzy próbują wydostać się z czeluści nałogów.


- Śmigamy dalej przez Bośnię i Hercegowinę - ciągnie Mietek. Z tym śmiganiem rozmaicie jednak bywa, skoro wokół wciąż straszą jeszcze pozostałości ostatniej wojny na Bałkanach.


- Jeśli człowiek widzi całe połacie opustoszałej ziemi, kiedy co rusz natyka się na tablice z napisem „miny”, to strach zjechać z głównej drogi i rozbić namiot.


- Ta wojna wciąż jest niezabliźnioną raną. Zatrzymaliśmy się u kobiety, której mąż zginął z rąk Chorwatów, a troje synów z rąk Serbów. Miała tylko jedną rękę, bo drugą urwał jej granat. Opowiadała, że władze republiki postanowiły osuszyć jej łzy medalem. Kiedy już jej go wręczano, otwarcie powiedziała, że zamiast niewiele wartej blaszki wolałaby dostać kozę. Dostała i medal, i trzy kozy. Każdą nazwała imieniem jednego ze swoich nieżyjących synów - wspomina dramatyczne wyznania wieśniaczki.


Mauzoleum bez dyktatora


Czarnogórę Mietek pamięta z przyjaznych ludzi, przepięknych adriatyckich plaż, pysznych win i zaskakująco niskich cen. Spotkanie z Albanią - celem podróży - wybitnie kłóciło się z jego wyobrażeniem o kraju, przez kilkadziesiąt lat twardą ręką rządzonym przez komunistycznego dyktatora Envera Hodżę.


- Dzisiejsza Albania to splot kontrastów. Na jednym biegunie zapyziałe osady w górach, gdzie jeszcze nie dotarł prąd elektryczny, gdzie krowa, oprócz źródła mleka, jest zwierzęciem pociągowym, gdzie ludzie żyją z gajów oliwnych, sadów owocowych i uprawy kukurydzy. Natomiast na drugim jest blichtr nowoczesnego budownictwa, całkiem dobrych dróg, pięknych, choć brudnawych plaż, świat eleganckich rezydencji i najbardziej rasowych aut. Skąd bierze się to bogactwo? Można jedynie przypuszczać... Ślad po Hodży wciąż znaczą prawdziwe „linie Maginota”, z mnogością betonowych bunkrów, nikomu niepotrzebnych fortyfikacji. Byłem ciekaw mauzoleum Hodży, acz po „eksmisji” ciała dyktatora utraciło już swój specyficzny „powab” – relacjonuje albański epizod rowerowej wyprawy.


Oczywiście tam gdzie Mietek, tam i kłopoty. W największe obaj podróżnicy popadli w Mitrowicy.


Pod ochroną żołnierzy


- Na rowerach mieliśmy proporczyki w polskich barwach. Na sakwach jakieś albańskie naklejki. Tak rozjuszyło to serbskiego sierżancinę z granicznego posterunku, że zerwał, podeptał i opluł te naklejki, a nam powiedział – won, już was tu nie ma. Zapamiętał, widać, że Polska jako jedno z nielicznych państw rychło uznała niepodległość Kosowa. Cóż, niemieckich motocyklistów sierżant z uśmiechniętą gębą kokietował powtarzanym „guten Tag” i „auf Wiedersehen”, był za to głuchy na nasze prośby, że jesteśmy zmęczeni i chcemy przekroczyć granicę. Nie przepuścił. Ktoś nam podpowiedział, żeby pójść przez zieloną granicę. Cóż było robić. Przedzieramy się jakimiś lokalnymi, szutrowymi drogami, Tadziu płacze, że ma czworo dzieci... Wreszcie, bach, wojsko... Myślę: no, to koniec. Ale zerkam – toż to przecież biało-czerwony znaczek na ramieniu...


- Chłopaki, a cóż wy tu robicie?! - wykrzykuje porucznik Andrzej Mogielnicki z 8. Pułku Lotniczego, stacjonującego tu w ramach oddziałów KFOR. Przenocowali, nakarmili obfitym amerykańskim śniadaniem, zaopatrzyli w kanapki i konserwy na drogę, odwieźli kilkanaście kilometrów dalej i pobłogosławili, abyśmy cało i zdrowo wrócili do domów. Już w Katowicach znalazłem pytanie na facebooku: Mieciu, jak dojechaliście do kraju – wspomina Bieniek.

MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ

Bił rekordy w drążeniu przodków, napisał list do braci górniczej. Władza bezlitośnie go wykorzystała

- Zwykłem określać go mianem „pierwszego socjalistycznego świętego”. W rzeczywistości Wincenty Pstrowski był postacią tragiczną, produktem tzw. epoki przodowników pracy – wskazuje dr Adam Frużyński, historyk górnictwa.

Kiełbasa, musztarda i kromka chleba za "Bóg zapłać" do muzyki górniczej orkiestry. Pamiętasz te festyny?

Na 22 lipca w restauracjach osiedlowych pojawiało się też piwo, o którym w zwyczajne dni można było jedynie pomarzyć. Władze Polski Ludowej starały się, aby zaopatrzenie dla ludu pracującego miast i wsi było w tak ważne święto lepsze.

URZADY SWIETOCHLOWICE KZM 3

Miasto węgla, ratuszy i górniczych witraży

W Świętochłowicach ostatnią kopalnię – ruch Polska (wcześniej kopalnia Deutschland) zamknięto 30 listopada 2000 roku. Mimo to w mieście nie brakuje górniczych akcentów. Najpiękniejsze są w dwóch z trzech, a w zasadzie czterech miejskich ratuszy. To zjawiskowe witraże autorstwa dawnych mistrzów Stanisława Ligonia i Ferdinanda Mullera z Ouedlinburga. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć z tych miejsc autorstwa red. Katarzyny Zaremby-Majcher.

70 lat Kotła Czarownic. Stadion Śląski na archiwalnych zdjęciach

Stadion Śląski świętuje 70-lecie. Chorzowski Kocioł Czarownic (jak nazwano go później) został otwarty 22 lipca 1956 roku i od siedmiu dekad pozostaje jednym z najważniejszych symboli polskiego sportu i kultury masowej. Z okazji okrągłej rocznicy prezentujemy archiwalne zdjęcia z początków historii śląskiego giganta.